Andrea Mantegna - Ecce homo
I.
Czy życie przychodzi cieniem
bezszelestnym z pustyni,
na której tylko kamienie i ciernie,
a w pragnących wody dolinach usychają
długie, jak wskazujące palce, kolce kaktusów?
Może mieszka w oliwnych gajach,
w pniach drzew poskręcanych jak dłonie starości,
gruzłowatych sękami zabliźnionych ran,
dziurawych tragediami odłamanych członków?
Dwa tysiące lat? Cóż to jest dla życia
drzewa oliwnego.
A może trwa rozdzielone pomiędzy maleńkie drobiny,
szukające siebie nawzajem w czeluściach nieskończoności,
by zakiełkować miłością jak pocałunkiem połączenia?
Każde życie jest święte. Wyciągane z czeluści
niebytu, jak z kapelusza kosmicznego cudotwórcy,
życie trawy, ptaka i lwa. Stworzeń Bożych
dnia trzeciego, piątego i szóstego.
Życie człowieka jest święte świętością Zwiastowania.
Powiedział Bóg: „Uczyńmy człowieka
na Nasz obraz, podobnego Nam”.
I wszczepił życie Boga w życie człowieka.
I stworzył powtórnie człowieka,
stwarzając Zbawiciela.
Ja, który „panuję nad rybami morskimi,
nad ptactwem powietrznym, nad bydłem,
nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami
pełzającymi po ziemi”, trwam w zadziwieniu,
niepewny wypowiadanych słów i sądów.
Ja, na obraz i podobieństwo.
Wątpiący i wierzący. Pytający.
Ja, Piłat.
II.
Nie dostałem prokury
do załatwiania czegokolwiek.
A mimo to przybyłem do tego świata, by rozsądzać.
Pomiędzy dobrem i złem. We mnie.
Ja, sędzia i prokurator w jednej osobie.
Wybrzeże było piękne, kiedy zbliżałem się nocą
od otwartego morza.
Migotało światłami, jakby wszystkie szlachetne kamienie
króla Salomona, rozwieszone na drzewach na moje przybycie,
zwielokrotniały blask księżyca.
Ziemia obiecywała bogactwo wrażeń
i rozkosz zmysłom. Królewski płaszcz rzucony na pola i góry.
Ziemia obiecana.
Posiadłem ją. To cóż, że na chwilę.
Czekałem całe życie.
Jestem dobrze ubrany i pachnę
olejkiem nardowym i frankincense.
Moje wypielęgnowane dłonie
lubią kobiety. Ich dotyk czyni je bardziej kobiecymi.
Podpisuję nimi także rozkazy i wyroki.
Władza jest podniecająca.
Mam pieniądze. Podróżuję.
Należę do wygranych tego świata,
choć czasem staram się zrozumieć przegranych.
Ale ten ich zapach. Pot i strach!
Bo strach pachnie. Sam go doświadczyłem.
Nocą ściska mnie w dołku.
Za nic nie chcę być przegranym.
Kto z takim zechce się identyfikować?
Może miłosierny Bóg
przegranych i biednych.
Od początku dni mierzyłem w sobie,
rozważałem i definiowałem aż do znudzenia.
Pytałem po wielokroć: Cóż to jest prawda?
I kto ją ma?
Może wreszcie nadszedł czas sprawdzenia?
Porównania z czymś poza mną,
czego część jest we mnie?
Rozważenia na nowo
pomiędzy dobre i złe.
A może nawet czas oskarżenia?
Oskarżę innych? I wydam na nich wyrok?
Tak trudno osądzić siebie.
Może postąpię jak wielu
przede mną i po mnie?
Jak pytający i wątpiący?
Człowiek.
Piłat?
III.
Nie miałem w życiu tryumfalnego wjazdu.
Gdziekolwiek. Ba, nawet wejścia z aplauzem paru gapiów
oszczędził mi los. Widać nie zasłużyłem sobie.
A może jestem tak mało ciekawą osobą, że nawet osły
nie odwrócą głowy z nad znad żłobu, w którym owies.
Zasuszone kwiatki jesieni utkane na wierzbowej witce.
Nie zmartwychpowstaną. Nie popłynie sok przez ich kolory,
nie nasyci życia. Pastele, barwy jesieni i śmierci. Łagodne.
Łatwo przyswajalne. Poprzez oczy. Kojące.
Czy warto być pierwszym na tej ziemi? Czy warto oczekiwać
aplauzu gapiów? Tak szybko zapominają. Chętni ukamienować
pamięć. A jednak jest coś, co pozostaje.
To miłość. Jedni wiozą ją na osiołku, inni na wiejskiej furmance.
I pewnie nie widzą chwilowego zachwytu gawiedzi. Zapatrzeni
w przyszłość do przekształcenia na obraz i podobieństwo
tego, co ponad mody. Tego, który wciąż zmartwychpowstaje.
IV.
Uczyłem się mówić. Uwalniałem przeczucia.
Ulatywały dźwiękami, ptasim głosem,
skrzypieniem kołyski, płaczem.
Zmieniały się w słowa.
Nie wiedziałem, że mówiąc mama,
stwarzam matkę w całej jej oczywistości,
mówiąc kot, stwarzam kota
i gładziutką relację pomiędzy mną a nim.
Wyciągałem słowa z nicości osobliwej jak partenogeneza,
a stwarzałem rzeczy nie będące na obraz ani podobieństwo.
Obdarowany słowem, brałem je w dłonie
i wkładałem do ust jak mały palec.
One były na początku.
I stawał się kot, drzewo, dom, kocham.
Stwarzałem świat. Nazywałem.
Choć było już raz nazwane.
Nie wiem, kto stworzył we mnie potwora.
Był jak senny koszmar, przerażenie,
które mnie wypełniało, nienazwane,
zalewające mózg, obezwładniającą lepkością lęku.
Żyłem z nim przez lata. Żyłem w jego cieniu. Drżałem liściem.
Zwijałem się w kłębek nastroszony igłami.
Kiedyś wymówiłem jego imię. Może przypadkiem.
A może ktoś mi je podpowiedział?
Wyfrunął nietoperzową chmurą.
Pozostawił poharatane sumienie
i wspomnienia potwornych nocy.
Oddycham.
Tylko za siebie. Mówię. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Czy mogę powiedzieć, że się stworzyłem?
Dając imię lękowi?
A jeśli potwór, który ze mnie, powróci?
Owinie mackami lęku? Nienazwanego?
Znów?
Czy moje trwożne milczenie będzie
jednocześnie świadkiem i ofiarą?
V.
Moja żona nie należy do kobiet łaknących
nieustannych hołdów, jak wiele innych,
chociaż się przed nimi nie wzbrania.
Gdzieś w jej głowie sąsiadują ze sobą
kobieca próżność, z głębokim umiłowaniem
badania spraw ostatecznych i sprawiedliwości.
Badania po kobiecemu.
Drogi do tego prowadzą przez senne wizje,
miękkość kobiecego serca albo kobiece rozmowy,
jakże często przybrane w kokardki plotek.
Może to się wydawać dziwne,
bo czy przez sen, kobiecy mem
i miękkie serce można dotrzeć do istoty wszechrzeczy?
Unikając głębokich studiów nad jej nieskończonością?
A jednak można. Jakże długo badałem i rozważałem
przypadek Jezusa z Nazaretu. Dużą część życia
zajęło mi rozważanie wszystkich za i przeciw,
rozdzielanie prawdy od fałszu, oszczerstw od prawd,
cudownych czynów od jarmarcznej szarlatanerii.
I nadal bym nie dociekł, co to jest prawda,
nadal bym się miotał, spoconymi dłońmi
przewracał karty mądrych ksiąg,
i nie umiał zdecydować,
gdyby nie ona.
Jej wystarczyło, kiedy we śnie odwiedził ją Ojciec.
Zabroniła mi czynić zło sprawiedliwemu
z jej snu, którym okazał się ten, którego
nie mogłem zrozumieć.
Jakże sprzeciwić się kobiecie,
Która ma prorocze sny
i która zna Prawdę?
VI.
Nie jestem poetą pięknego ducha, wiosny łagodnej zielenią,
wiary, nadziei i miłości. Jestem poetą niewiary,
beznadziei, nienawiści, zaprzeczenia wszystkiego
co dajemy do rozumienia dzieciom, by były szczęśliwe
i mówimy im, że powinny wierzyć.
Jeśli nie uwierzą, nie zobaczą.
Żebraczki przycupniętej na krawężniku rozdzielającym
brud zaułka od jasności promenady,
radośnie uślinionych dzieci z zespołem Downa,
małych murzyniątek z rozdętymi głodem brzuchami,
ich bezzębnych matek zobojętnionych narkotykiem śmierci.
Kiedy zobaczą światy odkryte,
zapytają w przerażeniu: „Panie, a jeśli będzie w Sodomie
dziesięciu sprawiedliwych, czy nie spalisz miasta”.
I będą szczęśliwi, że to ich Bóg uczynił wybranymi,
bo już poznają, że nienawiść, kłamstwo, cierpienie i śmierć
są lustrem, bez którego wszystko przestaje istnieć,
a życie jest złudzeniem, odbiciem naszych wyobrażeń
w obliczu Boga.
Nie chcę śmierci tego sprawiedliwego,
którego stworzyłeś Boże i posłałeś między nas,
ale nawet Ty nie umiałeś wymyślić innego świata.
I pytam jak dziecko: dlaczego mnie takiego urodziłaś?
I pytam jak dorosły: dlaczego stworzyłeś taki świat?
Nie jestem winien krwi sprawiedliwego,
który umiera, bym ja żył szczęśliwy.
Użalam się nad jego losem,
Ja, Piłat.
VII.
Siedzę przy oknie i patrzę przed siebie.
Rozważam, na ile mogę, patrząc przez nie,
poznać tajemnice świata.
Wiem już, że nie przeczytam opasłych tomów
o naturze rzeczy
czy matematycznych podstaw filozofii przyrody,
ani nie podążę gwiezdnymi drogami.
Czy zresztą takie podróże są sposobem
na poznanie wszystkiego?
Zawsze spotkać można przydrożnego głupka,
który nie wie i pytaniem zburzy spokój filozofa.
Wolę popatrzeć na moje cztery śliwy,
zbierające się do wiosny w przeczuciu nowego,
na trawę, która zielenią zasnuwa przeczucie końca,
na księżyc, nocną gwiazdę, z którą jestem zaprzyjaźniony.
Co wieczora szepce mi tajemnice kosmosu,
łagodnie, bez szlochu supernowych,
a śliwy, gdy Bóg da urodzaj, wesprą mnie
w rozumieniu najtajniejszego.
Bo czyż jest większa tajemnica od tajemnicy dni,
w których na spółkę z Bogiem hoduję życie,
nawet tak małe, jak życie śliwy? I kiedy mam
pełne dłonie dojrzałych nagród, oczekując nagrody?
Tu, gdzie smutek miesza się z radością,
tworząc upojny napój każdego dnia,
patrzę przez okno.
I wiem.
VIII.
Tajne służby mówiły więcej,
niż wiedzieli Żydzi, a i tak nie znał wszystkich faktów.
Czyż mógł więc znać – w jej złożoności – prawdę,
która nie jest ich sumą, mogąc być różnicą, a nawet potęgą.
„Kochaj bliźniego swego” – donosili z półuśmieszkiem szpiedzy,
„nadstaw drugi policzek”! Czyż taki facet mógł być groźny dla cesarza?
Jeszcze kazał oddawać co cesarskie?
Zresztą co kogo obchodzi, co to jest prawda.
Tylko niezrównoważonych psychicznie i świętych.
Ludzie nie lubią odmieńców.
Może trochę, kiedy nakarmią głodnych,
wyleczą, powiedzą miłe, niezobowiązujące słowo,
ale nie wtedy, gdy żądają prawdy.
Czy będąc świadomym własnej nieświadomości,
mógł potraktować poważnie kogoś, kto przyszedł,
by dać świadectwo prawdzie?
Kiedy odmieniał znaczenie wersów i świata,
mówili, że bluźni, że ma inaczej w głowie.
„A więc jesteś królem?” – zapytał.
Odpowiedział mu: Tak, jestem królem.
Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat,
aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy,
słucha mojego głosu”.
„Cóż to jest prawda? – zapytał znowu
to powiedziawszy wyszedł powtórnie do zgromadzonych
i rzekł do nich: Ja nie znajduję w Nim żadnej winy” *
W wolnej chwili znowu się zamyślił. Czymże jest prawda?
Przecież prawdziwe jest to, co jest na tym świecie,
a jego królestwo panuje wyłącznie w jego głowie.
On jest całym dowodem na tę jego prawdę,
a to za mało.
Czy prawdę przenosi z człowieka na człowieka
słowo jedynie, a może potrzebny jest czyn
który ją potwierdzi? A te tłumy?
I duchy przodków szepcące nocami
sen Prokuli męczący: „nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym”.
Jak? Przecież Herod mi go zwróci z tą jego prawdą.
Zabiję ją? Czy można zabić prawdę, zabijając człowieka?
Dam tłumowi wybór: może wybiorą dobro, wybierając zło,
wybiorą prawdę, wybierając nieprawdę.
Wybrali zło, wybierając dobro.
Wybrali nieprawdę, wybierając prawdę.
Wybrali dobro, wybierając zło.
Wybrali prawdę, wybierając nieprawdę
Po latach wciąż wybieram na nowo,
pytam bez zdziwienia,
jak Piłat.
* Ewangelia wg św. Jana, 37-38.
IX.
Każda noc mojej żony uzyskuje piąty wymiar.
Ponad płaskość łóżka, głębokość snu,
rozpiętość godzin pomiędzy jawą a jawą,
pojawia się dotykalny wyobrażeniem świat,
który jedynie był i będzie, a nie jest.
Kwietne łąki są w nim tylko hiperbolą raju,
a śmierć jest ożywianiem dni ostatnich.
Moja żona miewa niespokojne sny.
Przed śmiercią znajomych przychodzi
jej zmarły ojciec, stoi samotnie na ulicy
i uśmiecha kota z sąsiedztwa, jabłoń i nowy dach,
nieśmiałym poruszeniem warg podpowiada życie.
Pozostają po nim słowa, które ona szepce rankiem.
Dzisiaj radziła: „nie wdawaj się w sprawę tego
niewinnego człowieka bo dziś we śnie
wiele przez niego wycierpiałam”,
a ja nic nie mogłem uczynić.
Ostatnio zaprzyjaźniła się z „Marią Magdaleną
z Marią matką Jakuba i Józefa i z matką synów Zebedeusza”.
Słyszałem, jak szeptały przez noc z soboty na niedzielę,
rozważały, czy wierzyć służkom, które rozpoznały Piotra,
chwaliły Prokulę, nie mogły przypomnieć Weroniki.
Rano wybiegły z domu.
Wróciła z chustą utkaną z sennych wyobrażeń.
Nie wiem czy wierzyć kobietom pogrążonym w snach,
chociaż są wierne bardziej niż apostołowie.
X.
Matko wszystkich grzechów,
kusicielko o najpiękniejszych rysach.
Bywasz w ciele Ewy wyciągającej dłoń
z zakazanym owocem. Bywasz głosem
pięknym jak śpiew anioła, wiodącym na pustkowie.
Albo dotykiem budzącym wszystkie zmysły.
Złotem, które odbiera rozum.
Obietnicą władzy nad światem.
Nie będziesz pożądał!
Słowa wykute na końcu tablic Przymierza,
a taka moc.
Przelatują mi pomiędzy palcami
ptaki niebieskie, które nie sieją,
a zbierają tuczące ziarna przepychu
królestw tego świata.
Przysiadają na krawędzi.
Pod nimi przepaść.
Nie rozumieją.
Gdzieś na dnie kamienie,
po których stąpał, kalecząc stopy,
a które po tylu latach nadal nie są chlebem,
a słowa, które uleciały z ust
Bożych, wybrzmiewają po pustyni,
raniąc zgłoski o ciernie. Gdzieś na dnie
puste puchary czaszek niespełnienia.
Wszystkie królestwa tamtego świata w swoim przepychu
upadły, przeminęły. Nie upadł Chrystus.
Aż do krzyża,
nie schylił głowy przed przepychem:
„Idź precz, szatanie”.
Słowa przeznaczone dla szatana.
Słowa przeznaczone dla człowieka.
Upadającego, umywającego dłonie
z grzechu. Co dnia.
Jak Piłat.
XI.
Jordanie, toczący swe brudne wody,
nadal w tobie życie jak wielkie złote karpie.
Twa woda na głowy nasze i dzieci naszych,
choć bardziej rolnikowi nabierać cię w dłonie.
Krew brudzi nieskalaną biel życia,
wywołuje dreszcze i obrzydzenie, szokuje,
aż myślę bezwiednie: ukrzyżuj.
Pozostaje ślad krwawych ust
na białym kołnierzyku koszuli.
„Przyjacielu, po coś przyszedł?”
Woda podawana do mieszkań
czyni nas czystszymi od biblijnych proroków,
zapoconych szaleńców, w płaszczach z wielbłądziej wełny.
Powiedziano, że czystość to chemia,
i że można usunąć każdą plamę.
Vanish zamiast spowiedzi i rozgrzeszenia?
Kiedym „wziął wodę i umył ręce wobec tłumu mówiąc:
nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego, to wasza rzecz,
a cały lud zawołał: Krew Jego na nas i na dzieci nasze”,
zadrżałem i zamyśliłem się,
a potem nie mogłem spać w nocy,
jak moja żona, która ma dziwne sny.
Jordanie,
czysty najczystszym Słowem.
Noszę twą wodę w swoich włosach,
przelewam dłońmi na pustynie
w wielkiej kulistej kropli pamięci.
XII.
Noc pulsuje skurczami strwożonych serc.
Sen jest daleko, jak spełnienie obietnic.
Głos kura rozrywa na chwilę ciemność nocy,
niby błyskawicą, w świetle której rozpada się
okruchami trzeci kielich obietnicy.
Jakże często „nie znałem tego człowieka”.
Wybierałem niewierność „in Gallicantu”
bezrefleksyjnie jak muł. Rzucano we mnie
kamieniem: „Na pewno i ty jesteś jednym z nich,
bo i twoja mowa cię zdradza”, i uchylałem się,
wstydzący się bycia gorszym,
„nie z towarzystwa”, z miasta na prowincji,
z robotniczej rodziny.
Nie słyszałem tego przeraźliwego głosu we mnie,
choć przecież powtarzał nieustannie:
„Powiadam ci, (…), nie zapieje dziś kogut,
a ty trzy razy wyprzesz się tego, że Mnie znasz”.
Dumnie wypinałem pierś, prężyłem ufryzowany grzebień,
nastroszony kogut, piejący na refleksy odbitego światła,
symbol bezmyślnej kopulacji z nierzeczywistością.
Życie w swej łatwości uwodzi. W dziecięcości oszukuje.
Szedłem za fałszywymi prorokami zwycięstwa.
Bawiłem się słowami bez zobowiązań,
kwiatami zła szeptanymi przez pokrętne umysły.
W ciemnicy Jezusa
znalazłem słowa „jednego ze sług arcykapłana,
krewnego tego, któremu Piotr odciął ucho, który znowu zapytał:
«Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie?»”
I nie zaprzeczyłem. I stało się jaśniej.
Wtedy zapiał kogut we mnie i usłyszałem Jego głos,
i zapytałem: „Panie, dokąd idziesz?”
Odpowiedział mi Jezus:
„Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz,
ale później pójdziesz”.
XIII.
Każdy ma swoje sprawy do załatwienia,
bez oglądania się na sprawy innych.
Odwracamy twarz świadka od kłopotu,
cierpienia, bólu i śmierci. Prowadzimy
swoje geszefty delikatnie, jak dzieci za rękę,
troszcząc się o nie, bo dają pieniądze na życie,
w którym ważna jest przyjemność z nich czerpana.
No to co, że jakiś nieszczęśnik niesie belkę krzyża,
ociekając potem i krwią! Kolejny pechowiec
wleczony na miejsce kaźni.
Nie pierwszy i nie ostatni w orszaku śmierci.
Że jakiś szczególny? Zgorszenie dla Żydów
i głupstwo dla Greków. A synowie Allaha tak liczni
na drogach naszego życia, które wciąż trwa,
nie uwierzą, że prorok Boga mógł umrzeć.
On po prostu wstąpił do Nieba z małego
meczetu na Górze Oliwnej. „Wyniósł Go Bóg do Siebie!
Bóg jest potężny, mądry!” (Sura 4,159)
Więc na kogo zwracać uwagę?
Na tego umęczonego człowieka, który mówił,
że jest Synem Boga? Na tych pielgrzymów,
którzy mówią, że są jego uczniami!?
A kolorowy geszeft ma przyciągać oczy,
bardziej niż krzyż, bardziej niż śmierć.
Mało kto patrzy, mało kto słucha.
I na cóż ta droga, upstrzona czerwienią krwi
i bólem? Na co ta śmierć, czekająca na końcu? – absurd
i wielka pomyłka. Śmierć mała, nic nie znacząca,
jak Jeruzalem, nieważne miasto na krańcach imperium.
Matki podawały wtedy dzieciom kawałek podpłomyka,
starcy grzebali laską w prochu i tępo patrzyli w przyszłość,
młodzieńcy gonili za strzałą, wystrzeloną z łuku,
ojcowie zarabiali handlem, noszeniem wody wodę, szyciem,
żołnierze, wyciągnięci, odpoczywali, odganiając muchy,
żebracy prosili o jedzenie lub grosz, kupcy rozkładali
swoje kramy, a pasterze pędzili owce na ofiarę.
Tylko On szedł, z tą belką na ramionach, z jarzmem
na szyi jak Jeremiasz, jak pociągowy muł,
ciągnący za sobą „ziemię, człowieka i zwierzęta,
które są na powierzchni ziemi, swą wielką siłą
i swym wyciągniętym ramieniem”; „chociaż mógł je dać,
komu uważał by za słuszne, tak jak kiedyś Ojciec dał
wszystkie te ziemie w ręce swojego sługi,
Nabuchodonozora, króla Babilońskiego”.
Samotny, jak każdy człowiek w obliczu śmierci,
do końca pełnił misję, z którą przyszedł.
Ta droga, której już nie ma, a która jest na zawsze,
droga pojedynczych kropli krwi,
na której kobiety tylko współczuły, nieliczne.
Mało kto na to patrzył, mało kto tego słuchał,
mało kto o tym myślał, mało kto współczuł,
mało kto mógł przewidzieć, co się stanie potem.
Zdarzało się od dwóch tysięcy lat, zdarzyło się
mnie, kiedy szedłem zagubiony w myślach,
jakby zaplątany w błyskotliwość arabskich kramów.
Czy dla mnie stąpałeś pośród lżenia i niewiary?
Po kamieniach tej drogi, której nie ma,
a która wciąż jest skrótem do nieba?
Czy dla mnie niosłeś wraz z Szymonem z Cyreny
tę belkę krzyża przeznaczenia Twojego i mojego?
Czy to mnie przebaczałeś, mówiąc: „Zaprawdę
powiadam ci: dziś ze Mną będziesz w raju”
Gdy przeszedłem kilometr, otworzyła się jasność nieba.
Stałem na dachu świata i nie rozumiałem.
I nie rozumiem nadal, ale wierzę.
Mam swoją sprawę do załatwienia.
Coraz mniej ziemskim geszeftem,
coraz bardziej niebieską się staje,
jak ja, kiedy wtapiam się w błękit
nieba nad Jeruzalem.
XIV.
Jaki zapach ma śmierć, czy jest bezwonna
jak świeżo wyprane sztywne prześcieradło,
a może pachnie kwiatami dzieciństwa,
aureolami stokrotek nad głową?
Czy można wyczuć jej obecność w ruchu powietrza,
gdy delikatnie omija atomy tlenu i azotu, będąc
przeszkodą w oddychaniu? Niemożliwe,
by była tak maleńka.
Czy śmierć jest bliska zera bezwzględnego
w swoim chłodzie, czy może ma temperaturę rozgrzanej
do nieprzytomności głowy, gdy myśli przerażone
ścierają się same ze sobą?
Jakimi słowami mówią do niej najbliżsi,
gdy nawet najprostsze komplikują ostateczność
i są jak klucze do zwykłych drzwi, gdy tam brama?
Za nią ciało staje się układem w równowadze
osiągającym maksimum entropii.
Jedynie dusza nie umiera.
Odchodzą wraz pod rękę.
XV.
Pamiętam dzień, gdy składano Cię do grobu.
Odchodziłeś, niosąc lipowy krzyż,
po tej drodze, którą w świąteczne popołudnia
chodzili do Nieba Twoi lipowi święci,
by wielbić Boga w wieczności.
Ja zostałem, i rzeka Twojego dzieciństwa,
z której wody chrzest Twój, i uświęcam pamięcią Twoje imię.
Palę znicze na grobie, gdzie pamięć o Tobie,
i zbudowałem, zamyślonemu nad naszym losem,
Frasobliwemu piękną kapliczkę.
Na Twoją pamięć i na powitanie Królestwa,
które przyjdzie.
Uczyłeś mnie całe życie i byłeś nauczycielem
dobrym, chociaż wtedy w to nie wierzyłem,
a nie byłem pojętnym uczniem. Chciałem rozbić
pytaniami tkankę codzienności, a drwiną podpierałem się
jak kulawy laską. Ale ostatecznie przyznałem Ci rację,
i wypełniam podpisaną metrykę, i żyję tak,
jak nauczałeś przykładem i słowem.
Na ziemi po Tobie buduję swój dom,
oczekując pokoju w domu Ojca.
Wybacz wszystkie moje winy i zaniedbania,
których dopuściłem się wobec Ciebie,
wobec bliźnich i Boga, który w nich żyje,
kiedy już nie żywię urazy do moich wrogów,
a Twoi wrogowie umarli wraz z Tobą.
W dzisiejszym świecie, w którym tyle wodzi
na pokuszenie, którego już nie oglądałeś,
oparłem się złu. Wierzę, że z Twoją pomocą
Bóg wybawi nas od Złego.
Na Górze Oliwnej, gdzie dotykamy pamięci
najpiękniejszej z modlitw,
ja wspomniałem Ciebie.
Piłat Twojego życia,
zbrudzone dłonie składam
do modlitwy.
XVI.
Zataczamy wielki kamień. Zostawiamy za sobą
sprawy zbyt nieporęczne, jak krzyż lub przykazanie.
Odchodzimy z miejsca pytań o nasze wątpliwości
i trwogę, biorąc jedynie to, co łatwe do niesienia.
Zataczamy wielkie koło. To, co było lekkie,
czynimy ciężkim, co było dobrem, czynimy złem.
Bezsilni drogą dochodzimy do grobu pytań,
które czekają na zmartwychwstanie,
przywalone kamieniem niepamięci.
Stoimy z prośbą bezgłośną,
pragnieniem odpowiedzi,
pragnieniem Chrystusa,
który kamieniem nam
i krzyżem.
XVII.
Bali się powiedzieć, że zmartwychwstał.
Może już czuli baty, orzące plecy
metalowymi kulkami. Jeszcze słyszeli Jego jęk.
Bili z przyjemnością krwawej rozrywki.
Nie miał niebieskiej krwi. Rechotali.
A w powietrzu latały tylko muchy,
przykrywające czerwień czarną chmurą.
A może sami nie wierzyli, że zmartwychwstał.
Zatoczyli wielki kamień. Posnęli, ale cóż sen?
Można obudzić się ze śmierci?
Śmierć jak śmierć. Najpierw korowód z Nim na czele,
trochę starych bab pod ścianami domów
i kilka osób na niewielkim wzgórku za murami.
Proza życia: śmierć, śmierć, śmierć.
Który to już raz? Krzyżowali całe miasta.
Aż przyjemne ciarki biegły przez kręgosłup.
A tu tylko trzech. No, może to zaćmienie i wstrząsy,
ale to się zdarza. Coś jednak trzeba powiedzieć.
Że go wykradli? To jeszcze gorzej.
Więc zmartwychwstał?
Panie! On zmartwychwstał.
Piłat przecierał oczy. Obok kuliła się
w niespokojnym śnie Klaudia Prokula.
Kto? Nazarejczyk? Jednak!?!
A myślałem, że tylko mamrota coś o królestwie
nie z tego świata. Na Jowisza! A jak się dowie Cesarz?
Na Jowisza? Jak się ten jego bóg nazywa?
Aha, on nie ma imienia. Zaraz, to on miał być Bogiem.
Nie. Prawdą. To do kogo mam się zwrócić,
komu złożyć ofiarę. Zaraz, zaraz!
Jakie zmartwychwstanie?
Łotry! Spiliście się i posnęli.
Zabrać ich.
Zamilcz, mężu – usłyszał głos Prokuli.
Mówiłam ci, byś nie krzywdził tego sprawiedliwego.
Ale stało się, co się miało stać.
Czuję, jak zmieni się nasze życie.
Miałam sen, w którym szłam do wielkiej jasności
po tej drodze, którą wlókł swoją belkę krzyża.
Stał i uśmiechał się do mnie.
I nie było w nim bólu, cierpienia,
a resztki krwi błyszczały jak rubiny.
On jest miłością, której nie ma w naszym świecie,
On jest wiecznością.
Zamilcz. Głupia baba – wykrztusił.
XVIII.
Moje buty mają zdarte podeszwy.
Są powykrzywiane reumatyzmem
pokręconych dróg mojego życia,
dziurawe brakami pamięci
matczynych słów,
tej jedynej modlitwy,
która nie powinna być zapominana,
a bywa.
Kamień jest gładki. Tak gładki,
jak słowa próśb do Najwyższego.
Gdyby można na nim stanąć,
zwykły śmiertelnik zsunąłby się z niego
w objęcia ziemi.
Moje buty są napełnione ołowiem. Stoję obok kamienia.
Na najwyższej z gór, której szczyt dostąpił łaski
wniebowstąpienia.
Moje nogi ciążą kamieniem.
Są tylko kolumnami podtrzymującymi kruchy świat
oczekiwania na Jezusa.
.
XIX
Byłem przeciwko.
W zimie przeciwko zimie, w kościele
przeciwko Kościołowi, w domu
przeciw domowi z całą jego wiarą
i tradycją.
Idąc po nizinie, chciałem wchodzić na szczyty,
brnąc przez piach, marzyłem o falach morza,
patrząc w słońce, uciekałem do jaskini.
Szukałem bez przewodnika.
Błądziłem.
Nie dopuszczałem rad i krytyki
do przemądrzałej młodości,
która wiedziała lepiej.
Oskarżanie, sądzenie
i wydawanie wyroków
uważałem za swoje prawo i powinność.
Najpierw skazałem rodziców.
Nie zasługiwali na łagodny wyrok.
Jak wielu innych, w przyszłości.
Bo łagodność to słabość.
Potem po wielokroć wydawałem wyroki,
skazujące, odsądzające od czci i wiary.
Nie wiem, dlaczego skazałem Jezusa,
zwanego Galilejczykiem. Pewnie splot
okoliczności. Krzyk tłumu. Święty spokój.
Może brak refleksji?
Stało się, że buntownik skazał buntownika.
Skazałem tradycję wyrosłą z buntu, który był pokorą.
Bunt przyobleczony
w purpurowe szaty błazna?
To był trudny proces. Był niewinny,
A ja musiałem go skazać. Chciałem.
Przeszkadzał w swobodnym myśleniu.
W samospełnieniu.
Przed wyrokiem dużo czytałem.
Wydawało mi się, że wiem.
Potem skazałem go na ukrzyżowanie.
Zabijałem go w sobie z premedytacją,
przez kilka lat. Cierpiał. Czasami nocą krzyczał:
Ojcze mój, czemuś mnie opuścił.
Mówili, że mówię przez sen.
Gdy umarł, nie poczułem ulgi.
Potem było już tylko gorzej.
Chodziłem z nim martwym.
Wewnątrz. Wypełniał mnie.
Uwierały jego martwe członki.
Jego dłonie były bólem w moich dłoniach.
Jego stopy uwierały raną przy chodzeniu.
Serce waliło jak przebijane włócznią.
Nie mogłem żyć normalnie, bo on nie żył we mnie.
Nie mogłem normalnie umrzeć, bo on był zmarły.
Umierałem żyjąc.
Pewnego dnia zmartwychwstał.
We mnie. A może ze mnie.
Rankiem. Akurat dłużej spałem w
w niedzielę. Zdziwiłem się, że wstałem
jak nowonarodzony.
Spotykałem go potem.
Pierwszy raz, gdy nie wierzyłem
I kazał mi włożyć palec w ranę.
Cierpiałem. Ale podziałało orzeźwiająco.
Jak poranna kawa.
Drugi raz na drodze do Emaus.
Szedłem po jego śladach.
Przebaczam - powiedział.
Jedno słowo.
Dzisiaj wciąż jest buntownikiem.
Mówi o wszystkim, czego nie chce słuchać
spasłe społeczeństwo.
Kiedy przemawia, skrzętnie spisuję
jego myśli. Wydam je jako poezję.
Potem siadamy przy fontannie
i umywamy dłonie po dniu pracy.
Właściwie to obaj wciąż się buntujemy.
Kiedy znowu krzyczą: chcemy Barabasza,
jest Mu zwyczajnie przykro,
a ja jestem wkurzony.
Podtrzymuję go wtedy na duchu.
Będzie lepiej, Chryste. Wierz mi - mówię.
Wybaczył mi, że go skazałem i zamordowałem.
Przynajmniej tak powiedział. A nie mam powodu,
by Mu nie wierzyć. Wszak jest Bogiem.
A Bóg jak powie Słowo,
to zaczyna się świat.
XX.
Śmierć to samotność, teatr niemy, nawet jak wokół pełno widzów.
Strach w nim sufluje cicho słowa, więznące w gardle pożegnaniem.
I ból odejścia. Gdy już droga zakończy się na twej Golgocie,
Zrozumiesz, że twa własna ręka przybiła twoje nogi, dłonie,
I włóczni ostrzem w serce mierzy. Ból taki ciemny, że przesłania
Oczy i myśli. A świadomość twojego kiedyś zmartwychwstania
Jest obojętną. Kamień ziemi na życiu kładziesz, serce płonie
Jak Niebo.
Obok głos łagodny. Słyszę: „dziś ze mną będziesz w Raju”.
Żart to? Głowę do Niego zwracam: On w ciszy z życiem się rozstaje.
Okaleczony, król cierniowy, przebite krwawią stopy, dłonie,
Wykpiony prawdą. Wciąż umiera. Za tych, co byli, co przywiodą
Tłumy za sobą, aby sądzić tych, co dla tłumów są przeszkodą.
Zgrzeszyłem pychą. Sądź mnie, Chryste. Nazarejczyku, Żydów Królu.
Tylko Ty możesz grzech wybaczyć, tylko Tyś ulgą w śmierci bólu.
Twe miłosierdzie ponad czasem. Wiem, bo je dłońmi dotykałem
Jak ślepiec – Tomasz. Ślad zostawiam. Bo „com napisał, napisałem”.
XXI
Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się kryteria.
Mody drenują nieznane pokłady. Już docierają do skamielin.
W nich tylko ślepy kret archeolog jest na swoim miejscu.
I tylko on wie, że światło zabija. Światło.
Widziałem, gdy niespodzianie wyłaniałeś się
zza samotnego drzewa na polu, albo wychodziłeś z czeluści
wąwozu, albo stałeś na pagórku nad łanami jak pogański bożek,
a może prorok. Chodziłeś po dolinach i wzgórzach ziemi.
Cierpiałeś choroby ludzi, złamane nogi, serca, ciężkie porody,
małe i duże nieszczęścia.
Była w Twojej obecności tajemnica niedostępna kamieniom,
drzewom – strażnikom miedz i polnych dróg, płochym sarnom,
ale i ludziom, trwożliwie patrzącym w dłonie, czy nie pozostało
ziarno ostatnie, z którego plon na przeżycie.
Tajemnica; ta nie rośnie z kwiatami polnymi, nie można jej zebrać
w naręczach żyta ani wykopać na polu, na którym skarb albo
ostatni kartofel. Nie ma jej w krótkich przyjemnościach,
słowach rzucanych bez potrzeby, uniesieniach na palcach.
Kryje się pod podeszwami butów, stawianych na matce ziemi
w intencji dojścia, chociaż nie wiadomy czas i cel tajemny.
Kryje się za zmrużonymi powiekami; zmęczenie kończy
najwspanialszy krajobraz i perspektywę. Światło.
Wczoraj zmarła CesariaEvora. Była jego promieniem.
Może Twoim głosem. Ty pozostałeś. Wyciszony.
Nie mówisz wielkimi literami. Szepczesz. Prawie nie słychać.
W zgiełku zapominamy, że mogłeś wszystko. Zostawialiśmy Ci
naszych zmarłych, naszych cierpiących, chorych na świat.
To było takie proste, choć takie trudne w swej prostocie.
Nie oddychała żadna maszyna, oddech przenoszono z ust do ust,
jak ostatni pokarm. Słowo było dobre. Było. Dzisiaj strach.
Co ja z nim zrobię? Sama. Sam. Co powiem? Na drogę?
Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się słowa.
Opowiadano o Tobie dzieciom. Nikt się nie dziwił.
Dzisiaj mówią: kłamstwo. Wiara, jeśli jest, nie oznacza tego,
co oznaczała, kiedy byłeś. Wiara jest wieloznaczna.
Nic na zawsze, wszystkie wielkie słowa to grafomania.
Możesz być co najwyżej pojęciem w reklamie. Przedmiotem zarobku.
W pozyskiwaniu przedmiotów. Pożądania.
Jesteś fałszywy, kiedy nie służysz zarabianiu.
Kiedy nie jesteś częścią waginy, kiedy nie zdarto z Ciebie
ostatniej szmaty, by ujrzeć prawdę,
kiedy nie nałożono na Ciebie tęczowej szaty króla,
jesteś tylko bajkowym dinozaurem, made in china.
Zamiast krzyży istnieją skrzyżowania ulic,
kłopotliwe w powrotach do domu.
Trwoga lub trwożliwa rezygnacja końca.
Przyjemność krótka jak kolejna kobieta.
Świat, który nie ma z Tobą nic wspólnego.
Być może istnieję ja, zawinięty w świat wielkich liter,
wielkich słów, które w tamtym brzmią fałszywie,
Jak symfonia grana na pastuszej fujarce.
Być może. Czasem ktoś włącza światło.
XXII
„A gdy otworzył pieczęć piątą,
ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych
dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli”.
Usta ich były otwarte, a śpiew, którym karmili ptaki,
leżał pokruszony wokół, jakby ziarna pszenicy.
Cisza była z pól zielonych przeniesiona.
Jeszcze odciśnięte w niej kopyta jagniąt
dowodem były na niewinność,
lecz nikt ich nie słyszał.
W pomieszaniu słów i poplątaniu języków
jedynie śmiech fałszywy brzmiał przeraźliwie,
jak krzyk fałszerza monet, któremu wyrywano język.
Nie było już bożego i cesarskiego.
Nad wszystkim wisiała twarz cezara,
wykrzywiona w grymasie okrutnego uśmiechu.
Kwiaty były piękne tej wiosny.
Pachniały całą miłością odchodzącego świata.
Ich zapach mieszał się z zapachem krwi,
tworząc na niebie znak nadchodzącej pogody.
Na linii horyzontu kobieta i mężczyzna,
trzymający dłonie w dłoniach, unosili w górę
dziecko, które miało się narodzić.
Tam wschodziło czerwone słońce.
Gdzieś nad Martwym Morzem.
Albo dalej, pod Har-Magedon,
niedaleko Megiddo.
I nikt nie wiedział,
jak zakończy się dzień.
