Ziemia czerwona
Prolog
Góry są wciąż te same, a tylko ja odszedłem
I wielu innych po mnie. Cóż, że urosły drzewa
I któreś pokolenie ptaków w nich wije gniazda?
Wiosny kolejne suną w dół strumieniami wody,
A pola zarastają zielskiem kłującym stopy.
Czasami idę, jakbym szukał czasu, co minął,
Za górę mych narodzin. Tam odszedł, przepadł w dali.
Zabrał ze sobą Boga, którego nikt nie widział
Od czasu narodzenia, więc smutku nie zostawił.
Bez Boga ludzie żyli, wydarci jak w porębie,
W ziemi obcego Słowa, zimnej i niematczynej.
Co po nich pozostanie? Jakiś kopczyk na wzgórzu?
Kiedy nie znając Boga milcząco odchodzili,
Nie wpisał ich w tę ziemię żaden wyraz. Krzyż tylko
Przez chwilę będzie świadczył, jak byli niepiśmienni,
A potem w mrok zapadnie pamięć już wyczyszczona.
Góry moje
góry czerwone żelazem ziemio mej wyobraźni
zrodzonej wśród nietoperzy i sów milczących lotów
gdy ludzie byli wilkami dla wilków i swych braci
a zapach się mieszał trupi z wonią łąki zieloną
chmury przydają wam skrzydeł byście w symbol wzleciały
roję bo przecież zwyczajność o żer codzienny woła
mając w swych trzewiach smród śmierci balast tak niewygodny
już nigdy nad kiczowatość piękna się nie wzniesiecie
wspomnień dziecięcość różowa oleodruk pamięci
nie kryje krwawych widoków zupełnie nie pasują
sielankę może zakłócić mordowane marzenie
to że pięknem się cieszę gdy sowy z łowów wracają
na głos mnie głuchym nie czyni zduszony w waszym wnętrzu
miłości krzyczącej ratunku do tych co pozostali
Brnę przez Ziemię Czerwoną, zagon ktoś odkrył długi.
Jest jak plaster nasiąkły potem krwawym pokoleń,
Czerwień ziemi to rzadkość w naszym kraju jałowym,
Gdzie krwią ziemię barwiono, by żyźniejszą uczynić,
Pokoleniom następnym bardziej drogą i plenną.
Odchodzimy w milczeniu, przerażeni, samotni,
Czasem coś zabulgocze w gardle jak pożegnanie,
Ale nikt nie zrozumie. Naród tak niepiśmienny,
Że w migowym języku zna jedynie pojęcia
Z tych najprostszych najprostsze, by nie umrzeć lecz nie żyć.
Jak najwyższe wyrazić, co i słowu umyka,
Kiedy grymasy twarzy, ruchy palców i jęki
To absolutnie mało, by wyrazić Absolut?
Więc kiedy czas odchodził, zabrał Boga ze sobą,
By w samotności nie trwał, jak w stajni bez pasterzy,
Bez mędrców i bez bydła, cóż, że Matka nuciła,
Kiedy on już dorosły być powinien dla ludzi,
A ci jedynie mogli dziecku śpiewać lululi.
Ja też stamtąd odszedłem. Na zielonych pastwiskach
Stoję jeszcze niepewny i kierunku, i stada.
Słucham, ciszę zamykam, jak perłę w głębi siebie,
Słowa próbuję łowić z wiatru, z Boga i z czasu.
I
Kiedyś wróci czas przeszły i ten, który z nim odszedł,
Wyrzucony z pamięci nieprzyjaznego domu.
Przyjdzie cicho jak złodziej o nieznanej godzinie,
Czuwającym bez światła nici ścieżek pozmienia,
Ściany domów podmyje, dachy zrzuci w nurt rzeki,
Krzyk zagubi w ciemnościach, ucztujących rozpędzi
I pieczęcie przyłoży na zatrzaśnięte bramy.
Będzie lampą dla wiernych i światłem na ich ścieżce,
Jak napisał widzący, przewidując na przyszłość
Tego, co nas pochwyci, aby unieść w niebiosa.
Ten powróci, którego wykpiliśmy w swych słowach,
Obdarliśmy w obrazach z ostatniego tiszerta,
Wyśmialiśmy w rozmowach kulturalnych do szpiku
Kości.
A one mogą znakiem być niepamięci,
Wyrzucone wraz z ziemią pod kwietniki na skwerach.
Kiedy z pieczą zbierane dla pamięci pokoleń,
Tego czasu, co odszedł, tego, który powróci,
Będą skałą, na której zbudujemy tożsamość.
Kości mogą zaświadczyć naszej dociekliwości,
Kiedy w każdym szczególe rozważymy minione,
Ale to co bezkostne, ujdzie naszej uwadze,
Jakaś miłość umarła, która trwa wciąż w niebiosach,
Jakaś dusza, o której napisali doktorzy
Ciała albo Kościoła, jakieś Słowo na skórze.
Kości nie umierają, trwają przez pokolenia,
Są wyrzutem sumienia albo darem pamięci,
Są stelażem budowy od nowa tożsamości,
Na którym czas miniony jak wiatr zostawia ślady,
Ducha porywem wielkim, spoiwem trwałym dziejów.
Będzie jak w czasie, w którym zadania rozpisano
I nadeszło dla wielu czasu rozsupływanie,
Nim go przyobleczono w szaty nieskończoności.
Ale nadejdzie także w zamieci pustoszenia
Świątyń i ludzkich sumień.
Kto czyta, niech pomyśli,
By nie czytał zbyt wiele, lub wyrzucił z pamięci
To, co wyrzucić winien, by pozostać niewinnym.
Bo kiedy czas się spełni, zło się ujawni, które
Obok żyło łagodne, kiedy czasu nie było,
Zło, które oswojone wydało się i niegroźne,
Jak wilk w domu głaskany niby mały pekińczyk.
Przywykliśmy do niego, stając się bardziej dzicy
W myślach swoich i czynach, choć tacy kulturalni,
Obłaskawieni przez to, co chcieliśmy okiełznać.
Jakże miło móc wilka połaskotać pod mordą,
I po szyi pogłaskać, zanim nam dłoń odgryzie,
Kiedy czas znowu przyjdzie, niespodzianie jak złodziej.
Tajemnica
W każdym życiu jest tajemnica
ledwo uchwytna zmysłami
czasem krzycząca otwartymi ustami
za plecami jej właściciela
chyboczący na wietrze mam poczucie czasu
pomiędzy liśćmi palcami małe obrączki oświadczeń
oswajania woli niesfornej wiążą mnie w tajemnicy
zdarzeń codziennych samotnych wyborów pomiędzy
już wybranym dokonuję nieustannie
obietnicą wolnego wyboru skuszony do życia
przeznaczeniem utrzymywany przy życiu
w każdym życiu są tajemnice
zamknięte w człowieku jak w klatce
nie mówmy nie piszmy nie śpiewajmy
nie zdradzajmy myśli o przeznaczeniu
myśli tajemnicy naszej
II
Dobrze jest czasem odejść, zagłębić się w spokoju,
Zasłuchać się w rytm serca, popatrzeć w głąb swej duszy.
Dobrze jest choć na chwilę uwierzyć, że jest cisza,
W której sprawy codzienne umierają bez słowa.
Dobrze jest móc usłyszeć głos, który jest tak cichy,
Że tylko spokój serca ma więcej decybeli.
Głos, którym Duch przemawia w czystości twoich myśli.
Jest miejsce, skąd na wszystko patrzysz nieco inaczej.
Z wyżyny, która czyni sprawy duże małymi,
Właściwą daje wielkość myślom, rzeczom i ludziom,
Śmieszny albo tragiczny widzisz spraw tam porządek.
Wywrócone pomniki, kiedyś głoszące chwałę,
Strzępy kartek, na których ktoś spisywał idee,
Które dziś zbiorem liter zżółkłych czasem jedynie,
Zaśmiecają podłogi tak jak liście jesienią,
Postrzępione sztandary, błotem i śliną brudne,
Duma ludzi tak dumna, dziś na klęczkach w pokorze,
Piękno, które nietrwałe niby ciało kobiece,
Albo siła kruszona w kleszczach czasu jak orzech.
Widzisz także wyraźnie, jak niewolono ducha,
Który nad wody wzlatał, a teraz w złotej klatce
Tłucze skrzydłem o ściany, skomląc o lot swobodny.
Starzy księża zamarli na stałe w swych kościołach,
W konfesjonały wrośli, przed życiem uciekając,
Jakby nie byli pewni grzechów swoich wykazu.
Klasztornym otoczyli murem, to co zostało
Po krucjatach i mękach, po grzechów przebaczeniu,
Klauzurowym zamysłem na myśli zagubienie.
Siedząc na wzgórzu, które przez wieki wypiętrzane,
Czujesz puls Ziemi wewnątrz, myśli umarłych ludzi.
Jesteś maleńkim żukiem, który swą kulę wtoczył
Na szczyt i teraz patrzy z radością, jak w dół spada.
Być częścią matki ziemi, czerwonej jak dar życia,
Błogosławieństwem twoim i dumy jest przyczyną.
Na chwilę zapominasz, że zejdziesz kiedyś z góry
I nurt cię życia wessie gwałtowny swym żelazem.
Technika odczłowiecza, nad chmury nas wynosi,
Drwiąc z ciążenia i cel swój kładąc na progu Nieba.
Gdy człowiek windą wjedzie na piętro sto czterdzieste,
Jego ciało i rozum sadowią się na tronie.
Nie u stóp Najwyższego, lecz na Najwyższym piętrze.
Z wysokości myślenia chciałoby się zobaczyć
Miłość czystą jak wiosna, spowitą w słowa wiersza
Najlepszego poety, ubraną w jedwab pędzla
Genialnego malarza, w dłoniach czułych trzymaną.
A pozostaje zdjęcie konstrukcji, która rośnie,
I od ziemi odrywa, która uczyła chodzić.
Kościół
Rozciągnięte ścieżkami wśród pól
rozwleczone za pługiem bruzdami
wciąż kiełkuje jak wiosenny ból
miejsce które w ciszy władnie nami
i urasta w tajemnicy łąk
pól ofiarnych gdy droga nieznana
tam powstrzyma ruch szalony rąk
ten którego twarz w miejsce wpisana
w zamroczeniu sen jakowy śnię
gdy przychodzą do mnie z darem łaski
widząc trwogę gdy kłos chwieje się
myśl na wietrze na wodzie odblaski
tam podnoszę ponad ziemię gest
by w kamienie wpisał się na wieki
bom drobiną w trzewi czasu jest
lecz w tym miejscu na zawsze człowiekiem
choć go nie ma na arkuszach map
pochowane po ludzi zakątkach
trwa to miejsce wśród codziennych spraw
piękne świętem jak czerwcowa łąka
III
Jestem w mym świecie widzem i stwórcą jednocześnie,
Miotając się przez sceny, główną rolę wyrywam
Z dni codziennych, składając filmy jak one zmienne,
Trwam w stop klatce wieczności niby stały element.
Ja, mały okruch życia, płaskość wpętlona w bryłę,
Od początku do końca niosę lampkę istnienia,
Przedział czasu rozjaśniam, dany kiedyś na kredyt
Słowem pieczętowany, że powrócę, gdy trzeba
Będzie świecę już zdmuchnąć.
Z małej górskiej osady
Zbudowanej przez obcych, by się mogło wypełnić
W niej moje narodzenie, płacz małego człowieka
Poszybował nad góry. I już w górach pozostał.
Płacz matki i radosne, pierwsze westchnienie ojca,
Wódka stała na zdrowie, wódka dla dezynfekcji.
Trochę dalej górnicy zjeżdżali w mrok kopalni,
Ślusarze metal maszyn wypieszczali kobieco,
A Niemcom zabierano heimat i piękne domy,
W których pruski porządek zabito polską biedą
I kresowym dziadostwem.
Zgwałcone Niemki szyły
Dzieciom w łonach wyprawki, przysięgając ze łzami,
Że nie zdradzą, kto ojcem, by na zawsze wymazać
To czasu uwikłanie z dzieci i swej pamięci.
Młode Polki rodziły nadzieję swej przyszłości,
Śmieją się do niej jasno z nielicznych fotografii,
Ubrane w ręcznie szyte i w hafty strojne suknie,
Przywiezione ze wschodu, gdzie dla nich zaszło słońce.
Było biednie i zimno, głodno i trochę strasznie.
Gdy dziś oczy zamykam, przychodzą te dni mroźne,
Gdy zaczynałem życie, mały okruch miłości,
Kosmosu oddech, Boga, przytulony do Mamy,
Z Wielką Sową nad głową.
„Lulajże maleńki mój aniołeczku,
Utulże swój nosek w miękkim łóżeczku
Niech twoja głowusia śliczne sny rodzi,
Niech twoja mamusia szczęśliwa chodzi.
Niech świat ten okrutny swoje ciężary,
Nałoży na ciebie gdy będziesz stary.
A teraz w mych dłoniach wysłuchaj baśni
I szybko szybciutko spokojnie zaśnij.”
Mama
Moja Mama jest moim pierwszym własnym Słowem,
Moim pierwszym uśmiechem i pierwszym spojrzeniem,
Jest pierwszym ciepłem, w które wtulałem swą głowę
I pierwszym ciała mego głodu ukojeniem.
Moja Mama jest dla mnie mą pierwszą radością,
Moim pierwszym rozstaniem i pierwszym powrotem,
Jest moją pierwszą wielką świadomą miłością,
Wzorcem dla tych miłości które przyszły potem.
Moja Mama jest dla mnie przyszłości nadzieją,
Zaczerpniętą ze świętych wzorców Świętej Księgi,
Jest wiarą w sprawiedliwość, choć głupi się śmieją,
Tej Bożej niewidocznej dla wielu potęgi.
Moja Mama przychodzi z każdym nowym świtem,
Popatrzeć na sny moje i na moje myśli,
Sprawdzić czy się zgoiły kolana rozbite
I czym czegoś głupiego w życiu nie wymyślił.
Cicho stuka po schodach jej pątnicza laska,
Którą kiedyś od swojej babci wziąć musiała,
W tej drodze, w której wspiera ją Chrystusa łaska,
Wciąż jest większa, choć przecież jest już taka mała.
Tak być zacząłem. I jestem
w całej swej cielesności,
Która jest, jaka jest, jedyna i niezmienna.
Czy piękna? Święta?
A potem przyszło do mnie myślenie.
.. więc myślę
Zapomniałem o wielu sprawach
nie zapisywałem myśli które przychodziły
drobnymi kroczkami codziennych zdarzeń
jedno podobne drugiemu jak woda
w dwu szklankach dzień po dniu
choć niezbędne do życia duszy stworzonej z tęsknoty
Rozumu Największego za najmniejszym
nie zapisałem pieśni których nuty pierwsze
dołączono do skrzypu mojej kołyski
nie namalowałem zegara o pogiętej tarczy
mimo że czas przepływał mi przez palce
żal jest spóźnionym przechodniem dni moich
w ciemnościach przez które podążałem
jako ślepiec odnalazłem talent
muszę pomnożyć go nie znając trwogi o złodzieja i rdzę czasu
wydobyć na światło pokazać zazdrosnym
ale nade wszystko zadbać by zaświecił
blaskiem który w nim mieszka
od dnia stworzenia od pierwszego tchnienia
od momentu gdy zrozumiałem
powiedziałem Jestem
więc myślę
IV
Tam się urodziłem
Świat, na który przyszedłem w połowie wieku,
był pełen schludnych niemieckich domów,
polskiej mowy i wschodniego nieporządku.
Ochrzczony niemiecką wodą i słowem,
zostałem galicyjskim katolikiem w ciemnej dolinie
Gór Sowich, zamkniętej dla przyjezdnych ciasnotą dróg.
Tę ziemię hajmatowskiego edenu ptaki wybierały
kiedyś na miejsce odpoczynku i gniazd,
pośród dobrych, niemieckich ludzi, rajskich jabłoni,
dalekich od wojny za horyzontami ścian lasów.
Świat, na który przyszedłem w połowie wieku,
był o epokę starszy niż jego schludne domy,
z którymi nie można było wyjechać na wschód
lub na zachód bydlęcym wagonem.
Przyszedłem na świat w drodze, z którego wyjeżdżali
ci, którzy musieli, w którym pozostawali uciekinierzy.
Jedni przywozili ze sobą tęsknoty, urodzone za wschodem
słońca, drudzy zabierali ze sobą trwogę, w podręcznym tobołku
wywozili, ukrywali za słońcem zachodu,
by co dzień wstawała modlitwą i tęsknotą.
Wykarczowano ich, jak dęby, wyrwano,
czyniąc niemiecką neurode w polskiej Nowej Rudzie.
Zawinięty w poniemiecki łach, wtulony w Mamę
w otoczeniu biednego szabru, powróciłem
bydlęcym wagonem do grobów moich przodków,
na wschód biedy, małych zagonów i chałup.
W czasie moich narodzin strumienie spływały z gór,
jak dzisiaj niosąc życie ryb, ptaków i ludzi.
Omywały kamienie, niby stopy apostołów zbrużdżone
na drogach Galilei, głosiły prawdy najprostsze,
niesłyszalne i niewidzialne, jak wtedy
gdy Chrystus mówił o braterstwie ludzi.
Nienawiść długo umierała, jeszcze dzisiaj
przemyka jej cień po górach, brzmi złowieszczo
w porywach wiatru. Polskie dzieci niemieckich matek
wraz z niemieckimi dziećmi, powracają na wschód, gdzie słońce
świeciło nad ich utraconym dzieciństwem.
Ich tęsknota jest zakurzona jak stare zdjęcia,
nie budzi emocji, obleczona w ciekawość. Oni z zachodu
na wschód, ja ze wschodu na zachód, wracamy
by patrzeć na czas narodzin, na strumienie,
w których nie pływaliśmy, na lasy,
których nie zmierzyliśmy, na nasze góry marzeń
Nikt nas nie pamięta, dolina żyje swym zagubionym życiem,
nad pustą kopalnią, czystym strumieniem,
ludzkimi prochami wymieszanymi w przewidywaniu
pokoju dnia ostatniego
Długo mówiłem, że urodziłem się na Zachodzie,
Nie znając kontekstu tych paru słów.
Zachód to było miejsce, gdzie żyje się lepiej,
O którym marzą wszyscy urodzeni w Galicji.
Tam spełniały się marzenia, snute w Glinkach,
Wyklepywane w Sadkowej Górze,
Wypracowywane w fabryce w Mielcu.
Tam były inne pieniądze, bardziej zielone i bogate.
W miejscowości pod Wielką Sową
Zostałem zapisany w księgi państwa i kościoła.
Moi rodzice przyjechali na nieznane ziemie,
By zarejestrować narodziny człowieka bez ziemi.
Nikt im nie doradzał, gdzie stawiać nogi,
Jak się ubierać, co jeść, jak mówić.
Byli prostymi ludźmi umiejącymi czytać.
Młodzi poszukiwacze swojego miejsca,
Odkrywcy nieznanych lądów i ludzi.
Tata
Mój Tata wyrzeźbiony jest w lipowym drewnie
Które drzewem wyrosło przed laty nad Rzeką
Gdy był chłopcem i w cieniu którego zapewnie
Z letnim skwarem zasypiał pod pszczelą opieką
Pewnie wtedy nie wiedział że każdego lata
Lipa dla niego grubła miąższu nowym słojem
By gdy razem dorosną w niepewności świata
Mógł z jej drewna urodzić urojenia swoje
Już wtedy gdy pasł krowy w znalezione drewno
Usiłował wczarować dnia zwykłego znaki
Kowali i żniwiarzy i bajkę z królewną
Miodne pszczoły i z nieba kolorowe ptaki
Mój Tata ulepiony jest z wosku i z miodu
Wybranego z tych uli które kiedyś zrobił
Dla pszczół z lipy młodości pilnujących brodu
Rzeki do której przejścia w domu się sposobił
Gdy odszedł to na zawsze jakby Styks przepłynął
Zabrał ze sobą kozik i pszczoły i wiarę
I wspomnienia o przodkach o czasie co minął
I jedną raz na zawsze wyznaczoną miarę
I żył dom wybudował drzew zasadził wiele
Synów wielu zostawił świadków swej pamięci
I odszedł z krzyżem z lipy na zmęczonym ciele
Drogą którą do nieba szli lipowi święci
Ojciec odkrywał tam siebie, swoje możliwości,
Wzrastające w nim z dala od matki i od ojca.
Niewypowiedziane, przeczute. Stawał się.
Z chłopa robotnikiem. Z nikogo, sobą. Kimś.
Fachowcem. Umiał więcej, niż orać i karmić bydło.
To nobilitowało go w swoich oczach. Uświęcało.
Uciekał. Nie powiedział nigdy od czego, od kogo.
Uciekał od przeżytego czasu, od wojny,
Od braku matki i ojca, od zatęchłości wsi,
Bandyckiego czasu, gdy nie wiadomo było
Co dobre, co złe, kto przyjaciel, kto wróg.
Wrocław, morze ruin, młody chłopak z karabinem,
Który nie został żołnierzem, ale szedł na Zachód
W ślad za wojskiem. Z Wrocławia znowu uciekł.
Na koniec świata, w Góry Sowie. Gdzie mieszkał
Przez dwa lata, nie opowiedział. Potem poznał Annę.
Szli na zachód osadnicy z nadziejami do spełnienia,
W rękach nieśli głód Galicji, stopy w dziury zawinięte,
Rozmawiali szeptem chłopskim, oczy mieli zapuchnięte,
Ludzka fala zagubiona, masa ludzi bez imienia.
Wielkie domy, piękne meble, ziemia żyzna czarnym chlebem,
Łatwe życie, pańskie życie niewolnika można kupić,
Trochę zabrać, trochę ukraść, nieprzyjaciół można łupić,
Jak Janosik można zmniejszyć swoją rozpaczliwą biedę.
Gdy już mieli dość odkrywania nieznanych ziem,
Tajemniczych i bogatych, ale obcych
W mowie krajobrazu i mowie ludzi,
Gdy tęsknota dwudziestoletniej Anny
Do przeraźliwie biednej galicyjskiej ziemi,
Którą orało się jednym koniem i pazurami,
Zagłuszyła wszystkie tęsknoty i marzenia,
Zabrali ze sobą syna, pierzynę, kufel na piwo,
Młynek do kawy, której nie znali, stary rower,
Kryształ, widelec z monogramem i chochlę.
Wsiedli do bydlęcego wagonu i długo jechali
Do ziem, gdzie słońce zawsze wcześniej wschodzi.
Dlatego miało im być radośniej niż na Zachodzie.
Ojciec znowu uciekał, Matka wracała.
Do małej, biednej Sadkowej Góry.
Wsi mojego dzieciństwa.
Na Dolinie Jozafata
Matka mojej Matki żyła w podkarpackiej wsi.
Świat, jak drożdżowe ciasto z rodzynkami Żydów,
albo starozakonnym zakalcem. Biedny świat,
w którym litery były niezrozumiałymi znakami,
a Biblia nieczytanym zbiorem cudownych obrazów.
Na ścianie w jej drewnianym domu wisiały
obrazy Chrystusa i Maryi. Na piersiach
mieli wielkie krwawiące serca, jakby wyjęte
wprost z worków osierdziowych.
Babcia płakała nad Żydówką z synkiem na ręku,
zastrzelonymi przez policjanta w nadrzecznej kalwarii.
Przecież to też byli ludzie!!
To było jej odkrycie na miarę Ewangelii.
Drewniany dom był wypełniony zapachem oczekiwania.
Czekano na członków wielkiej rodziny, rozsianej
po wioskach i świecie. Na sąsiadów ku pomocy.
Na wrogów, którzy niespodzianie rozorzą miedzę i kraj.
Czekano na niedziele i święta.
Dni, w których Bóg i człowiek odpoczywali.
Czekano na śmierć, która do każdego zawita.
A nawet na zmartwychpowstanie, na czas po,
który nastąpi. I nikt się nie zastanawiał,
na co niebieskim duchom będą przydatne ziemskie ciała.
Codziennie o piątej rano Dziadek Józef śpiewał godzinki,
budząc cały dom. Nie pochodził z rodu Dawida, zwykły chłop,
Chrabąszcz zawzięty, ojciec trzech synów i pięciu córek.
Babka Helena modliła każdy fragment dnia,
doiła dwie krowy, żywicielki. Ze śmietany ubijała masło.
Wtedy śpiewała o Dolinie Jozafata, na której kiedyś
wszyscy się spotkamy. Ona i Dziadek, i ta Żydówka
z nad rzeki, i wnuki, i ten policjant, i ksiądz, a nawet może
jej mleczna krowa i kotka zwana Kocichą.
Dla niej ta Dolina była gdzieś za płaskością wsi,
może tam, skąd przyjeżdżali góralscy cieśle.
Smutny śpiew pulsował nadzieją z martwych powstania
i chyba życia lepszego niż doczesne.
Nie wiedziałem, czy śpiewała ku pamięci Dziadka Józefa,
który wcześniej umarł, ale nie zapytałem.
Potem umarły i Babcia, i Mama. I już nigdy
nie usłyszałem tej polskiej pieśni o żydowskiej dolinie,
w której będzie ostatecznie rozdzielone zło i dobro.
I nie zapamiętam jej słów. I nawet o niej zapomniałem.
Wróciła, kiedy patrzyłem na wapienne prostopadłościany
żydowskich grobów, w Dolinie Joszafat.
Tam, w tej Dolinie Wyroku, gdzie za słowami proroka
przekuto lemiesze na miecze, a sierpy na oszczepy,
a kto słaby, powiedział: „Jestem bohaterem”,
przypomniałem Matkę mojej Matki, śpiewającą
łagodnie o spotkaniu nad Cedronem.
Pomiędzy Ścianą Zachodnią Świątyni
a ścianą płaczu i nienawiści odgradzającą Betlejem,
wracałem myślami do tych pól pobielanych,
skąd moja Babka Helena
trzymając na postronku krowę i wszyscy, co z niej,
zmierzają do wrót Doliny.
Cichy pochód mojej pamięci, śpiewający psalmy
o życiu, które wciąż trwa.
I w którym ja wciąż jestem
wątpiącym obserwatorem.
Czy w tej dolinie rzeczywiście można oczekiwać
sprawiedliwości,
kiedy wypełniona jest po brzegi nienawiścią
i słowami proroka Joela o zemście?
Pytam i nie rozsądzam, choć chciałbym.
Jak Piłat.
Galicja od wieków niezmienna w swej biedzie,
Polskiej, ukraińskiej, żydowskiej, niemieckiej,
Witała nas czysta etnicznie, prawdziwe polska,
Prawdziwe katolicka i niezmiennie uboga.
Ostatni ocaleni Żydzi przemykali chyłkiem
Obok swych domów, zajętych przez obcych sąsiadów.
Uciekali od mniejszych do coraz większych miast,
Z Mielca do Rzeszowa, do Krakowa, do Warszawy,
Do Paryża, do Londynu, do Nowego Jorku,
Do Jerozolimy, matki wszystkich miast.
Ostatni Łemkowie na lichych furmankach
Dojeżdżali do Wielkich Jezior Mazurskich,
Przerażeni moczyli obolałe stopy w morskich otmętach.
Ostatni niemieccy osadnicy, sąsiedzi od stu lat,
Tęsknili za swoimi domami, patrząc poprzez Łabę,
Wycierając z krwi stopy zdarte długą ucieczką.
Galicja witała nas, wracających na osiołku biedy,
Z zachodu, gdzie nie było gwiazdy zarannej,
Ani pasterzy, którzy co rano pędzili krowy,
Śpiewając w drodze pieśni pasterskiej radości.
Daleki kościół w Borowej wydzwaniał na nasz powrót
Modlitwę ze swej wysokości, piaskowej górki.
Mama miała łzy w oczach, wracała z podróży
Pierwszej w życiu, nie licząc pielgrzymki
Do miejsca cudu na jakimś drzewie.
Teraz przywoziła swoje kobiece spełnienie, mnie,
Zawiniętego w niemieckie łachy, śpiącego.
Ojciec dźwigał toboły, a może pchał wózek
Z dobytkiem na początek naszego życia.
Doświadczony pracą w zburzonym Wrocławiu,
Łatwiej znajdował świat w jego skomplikowaniu.
Ślusarz w kopalni Barbara miał fach w ręku.
Na początku pięciolatki z chłopa robotnik.
Wychowany bez rodziców na brzegu Raby,
Na ojcowiźnie przodków od dwustu lat pojonej rzeką,
Ojcowizny pozbawiony przez ojca,
Który pierworodnemu synowi dał pierwszeństwo,
Jechał na Zachód, w nieznane,
A spotkał swoją żonę, moją matkę,
Aby się spełniło jego przeznaczenie ojca.
Teraz wracał do domu matki mojej matki,
Do rodzinnej wsi zabłoconej aż po dachy domów.
Był lipiec, środek lata, każda para rąk do żniwa.
Leżałem na snopku zboża, szmatka z cukrem,
Buzia pełna mleka, świerszcze usypiały.
Zioła dawały zdrowie, sąsiedzi pomoc.
Gościńcem wolno wracały krowy i fury ze zbożem.
Dziadek Józef o piątej rano miał kontakty z Bogiem.
Głośno śpiewał godzinki do Matki Bożej.
Na weselach grali muzykanci od ucha.
Tańczono oberki i polki, niedzielami
Zapijano siwuchą, przegryzano słoniną.
Patrzyłem coraz większymi oczami
Na dorastanie ciotki, która jest już babką,
Na wujka z falującymi włosami,
Na babcię, która urodziła ośmioro dzieci
I ischias powykręcał jej kości,
Na wciąż złego dziadka, nie lubiącego pracy,
Myślącego, że jest od polityki.
Stary kot, zawsze ten sam, zapamiętany.
Spokojna kobyła, ukochana dziadka Józefa.
Dwie krowy i lampa naftowa.
Cukierki po raz pierwszy otrzymane,
Którymi musiałem podzielić się z wujkami.
Wielka wierzba za stodołą z żarnami.
Ścięli ją pewnego lata, wielu ludzi.
Leżała na ziemi i wchodziłem na jej wierzchołek
Zobaczyć jedenaście mórg ziemi dziadka.
Dorastałem z dziadkami, rodzicami,
Wujkami, krowami, kurami, ziemniakami,
Drzewami i pokrzywami.
Zbierałem na łące, zwanej ugorkiem,
Wyschnięte krowie kupy i paliłem je
W ogniskach z pysznymi ziemniakami.
Tak naprawdę to tego wszystkiego
Nie było w mojej pamięci wtedy.
Nadeszło potem jak projekcja przeszłości.
Moja pamięć sięga chrzcin brata,
Niespodzianych odwiedzin drugiego dziadka,
Zawsze jakoś tajemniczego, ułana,
Z twarzą zeszpeconą rosyjską kulą.
Dziadkowie
siedzieli na nadrzecznych morgach
żyznych ciężkich jak chłopski los
Stanisław przypominał Hitlera
ten sam wąs ojcu dał na imię Adolf
nad łóżkiem szabla z pierwszej wojny
karabin roztrzaskał gdy brat zastrzelił
jego pierwszą żonę naładowany kiedyś
wypalił w rozbitym podniebieniu złota blacha
zniekształcona kulą twarz bałem się
kochał ziemię i pszczoły był twardy
pod rozgwieżdżonym niebem wiózł saniami
wnuka z pociągu przestrzeń była taka ogromna
a jego spokój tak kojącyi pierzyna jak piec
Józef przypominał Witosa ten sam wąs
był ludowcem i czytał gazety jego wnuk
jest ludowym starostą biblijnie nie lubił roli
to był dopust za bramą raju o którym marzył
agitował kto o tym pamięta prowadził dysputy
tylko wierna kobyłka rozumiała nieporządek
walczył w Alpach zwykły piechur nie wspominał
rzezi i strachu i że cieszył się na wojnę
odeszli
ziemia podzielona
prawie nie rodzi
wdowa
pachnie nimi
Tamten obraz zapisany w trzyletnim dziecku:
Okno i w jego tle dziadek, tajemniczy,
Nieznany, jak świat poza wsią.
Drugi obraz minionego świata,
Przeprowadzka z wiejskiej chałupy
Do miasta za tajemniczym półkolem świateł,
do Mielca.
Wyładowana meblami ciężarówka,
Owoce miejskiej pracy ojca.
W szoferce mama z bratem przy piersi,
Na pace ja, ojciec i dobytek.
Długie dwadzieścia kilometrów
Drogi do nowego świata.
Wielkie domy z kamienia,
Zamieszkałe przez chłopów,
Zamienionych w robotników.
Żywioł siódmy - dzieciństwo
W podziemiach rodzinnego domu tajemnice dzieciństwa
na zawsze ukryte przed dorastaniem do męskości
kaleczącej pluszowe misie gardzącej drewnianym samochodem
Hulajnogą zrobioną przez ojca koniem na biegunach kołem
od starego roweru odmierzaliśmy trotuary wąskich uliczek
goniąc czas Jeszcze dudnią w nich nasze kroki codziennie dłuższe
jakby buty nam rosły wciąż szybciej lub ziemia stawała się zabawkowa
mniejsza w tajemnicy i wymiarze
Domy o pochylonych dachach wpadające po odrzwia w starość
drżały ze strachu o swe okna na świat pozbawiony telewizorów
gdy goniliśmy naszą młodość rudy koń przy dorożce drzemał
woźnica wzlatywał w niebo pijanym wzrokiem Gałczyńskiego
Ale o tym powiedziała Pani która znała poetów
Zaczarowany świat wschodził rannym słońcem nad ulicą
zawsze prowadzącą do domu w którym Mama
wyrzucała ze spodni kamienie kapsle kapiszony
I długo je tarła na tarze śpiewając niejazzowe pieśni
O zrywaniu kwiatów i mięty o rycerzu na wojnie ładnym
albo o losie swoim ciężkim w którym miałem jej kiedyś ulżyć
ale słowa nie dotrzymałem
Mówi się że było minęło uleciało ptakami za góry
A może jednak pozostało głęboko w nas ukryło myśli
naszych dziecięcych zabawek
V
Bóg był maleńki, obejmowałem go rękami.
Zamykałem w dziecięcych dłoniach.
Był gładziutki jak pluszaczek, nieznany,
Z delikatną mordką do przytulania.
Mama straszyła mnie czasem Bogiem
Groźnym, karzącym za moje małe grzechy.
Ja trwałem w przekonaniu dobroci bożej
Starego kochanego dziadka z siwą brodą,
Jakiej nie doświadczyłem od swoich dziadków.
Gdy już umiałem czytać obrazy, spostrzegłem,
Że było dwóch Bogów, Stary i Młody.
Poznałem ich w drewnianym domu Babci.
Stary Bóg wisiał poważnie na ścianie,
Gładził długą siwą brodę i patrzył na mnie.
Młody Bóg miał czerwone serce i płakał.
Żywioł szósty - Chrystus
najłagodniejszy z proroków Żyd z matki i człowiek
z Ojca Bóg w latach już chrystusowych na suchych drogach Judei
zostawił po sobie miłość do brata swego i wroga
i zydle które za młodu w warsztacie ciesielskim robił
spotkałem go przed emaus przypadkiem drogę krzyżując
z jego bo przecież dotychczas biegałem po górach dzikich
myślami go unikałem lecz dziś gdy lat mam pięćdziesiąt
i trochę mądrości więcej i wiary więcej na życie
przyszedł w czas na spotkanie
popatrzył na mnie łagodnie słowami przywitał mówiłem
ustami twej zmarłej matki że drogi nasze się złączą
i siłą twoją i wiarą na drogach życia splątanych będę
i przez psalmisty dolinę pójdę przodem byś widział
w dniu zmartwychwstania zamienił swe ciało na chleb pszeniczny
cząstkę z ostatniej wieczerzy daje do próbowania
zostawił po sobie radość każdego nowego poranka
w którym się budzę do życia wraz z ptakiem i wielkim drzewem
Babcia mówiła, że to portrety jednego Boga,
Raz starszego, raz młodszego, jak moje zdjęcia.
Mówiłem do tego Starego Boga jak do dziadka.
Młodego się bałem, był jak mój ojciec, który
Pokazywał spracowane ręce, gdy wracał do domu.
Klęczałem na zimnej, glinianej polepie
I mówiłem do nieba, które było za bieloną powałą:
Ojcze nasz, który jesteś w niebie tak wysoko,
Że nie wolno mi tam wchodzić nawet w święto,
Świeć się imię Twoje jak lampa naftowa,
Wisząca nad drzwiami, która widzi ćmy lecące,
Przyjdź królestwo Twoje w piaskowych zamkach,
Które budujemy na brzegu małego Brnia,
Bądź wola Twoja, ostateczna jak rozkaz dziadka,
Jako w niebie tak i na ziemi i na jabłoni wysoko,
W piwnicy głęboko, na koniu szybko, na gościńcu,
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj,
Najlepiej z cukrem i śmietaną i podpłomyk
I odpuść nam nasze winy, gdy żałujemy,
Gdy wstydzimy się kłamstwa i kradzieży jajek,
Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom,
Którzy zadrapali nam kolano, zabrali jabłko
I nie wódź nas na pokuszenie, gdy chcemy
Podglądać naszą ciotkę, gdy się całuje,
Ale nas zbaw ode złego, które nachodzi nas,
Gdy śpimy wtuleni w wielką pierzynę
Pomiędzy mamą i tatą.
Pater Meus
Pamiętam dzień, gdy składano Cię do grobu.
Odchodziłeś, niosąc lipowy krzyż,
po tej drodze, którą w świąteczne popołudnia
chodzili do Nieba Twoi lipowi święci,
by wielbić Boga w wieczności.
Ja zostałem, i rzeka Twojego dzieciństwa,
z której wody chrzest Twój, i uświęcam pamięcią Twoje imię.
Palę znicze na grobie, gdzie pamięć o Tobie,
i zbudowałem, zamyślonemu nad naszym losem,
Frasobliwemu, najpiękniejszą kapliczkę w mieście.
Na Twoją pamięć i na powitanie Królestwa,
które przyjdzie.
Uczyłeś mnie całe życie i byłeś nauczycielem
dobrym, chociaż wtedy w to nie wierzyłem,
a nie byłem pojętnym uczniem. Chciałem rozbić
pytaniami tkankę codzienności, a drwiną podpierałem się
jak kulawy laską. Ale ostatecznie przyznałem Ci rację,
i wypełniam podpisaną metrykę, i żyję tak,
jak nauczałeś przykładem i słowem.
Na ziemi po Tobie buduję swój dom,
oczekując pokoju w domu Ojca.
Ciężko pracowałeś na chleb dla rodziny.
W Twoim prostym warsztacie długo w noc
świeciła się lampa, bym, z pomocą Bożą,
zapewnił chleb mojej rodzinie
i nie żebrał u innych łaski.
Wybacz wszystkie moje winy i zaniedbania,
których dopuściłem się wobec Ciebie,
wobec bliźnich i Boga, który w nich żyje,
kiedy już nie żywię urazy do moich wrogów,
a Twoi wrogowie umarli wraz z Tobą,
W dzisiejszym świecie, w którym tyle wodzi
na pokuszenie, którego już nie oglądałeś,
oparłem się złu. Wierzę, że z Twoją pomocą
Bóg wybawi nas od Złego.
Na Górze Oliwnej, gdzie dotykamy pamięci
najpiękniejszej z modlitw,
ja wspomniałem Ciebie.
Piłat Twojego życia,
zbrudzone dłonie składam
do modlitwy.
Kobiety domu Babci bały się obu bogów.
Może dlatego, że byli mężczyznami.
Szybko modliły się do Boga w dwóch osobach.
A potem długo i żarliwie mówiły modlitwy
Do Pani z Czerwonym Sercem.
Wisiała na ścianie, jasnymi oczami
Wpatrywała się w Boga z Czerwonym Sercem.
Babcia mówiła. że to jej syn jedyny.
Jedyny, to taki jak ja byłem do urodzenia Ryśka.
Łaziły po niej muchy, ale ona kochała wszystkich.
Miała na imię Maryja, podobnie jak ciocia Mania.
I była tak samo dobra i zdrowa do pracy.
Zdrowaś Maryjo mówiły kobiety, ja zapamiętywałem,
Na zawsze Łaski´ś pełna i nie rozumiałem,
Pan z Tobą, też nie rozumiałem,
Błogosławiona´ś ty między niewiastami,
Moja mama to też niewiasta błogosławiona
Mówiła Babcia, gładząc mamę, gdy jej było niedobrze
I błogosławiony owoc żywota Twojego, tak jak ja
Byłem owocem żywota mojej mamy.
Modlitwa kobiet, życie kobiet, bogini kobiet,
Zrozumiała i rozumiejąca, ukochana,
W radości, jeszcze bardziej w smutku.
Przy majowej kapliczce, jeszcze stoi
W Sadkowej Górze niedaleko mostu,
Dla niej śpiewały pogodnymi wieczorami,
Na cześć Pani wiosek umajonych,
Na cześć Pani kobiet utrudzonych,
Na cześć Żony mężowi powolnej,
Na cześć Matki do rodzenia zdolnej.
Chwalcie łąki umajone, chwalcie doliny zielone,
Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki,
Chwalcie z nami Panią świata,
Jej dłoń nasza wieniec splata.
Płynęły nad polami wysokie tony,
Kobiece głosy splatały się w warkocz
Z dymem i z ptakami, płynęły nad łąką,
Srebrną kokardę krzyża wlokły za sobą,
Na zmiłowanie, na zmartwychwstanie nasze.
Kościół nawoływał świat z daleka,
Płynąc nad polami dźwiękiem dzwonów
Nad drzewami zawisłej dzwonnicy,
Jadąc z księdzem proboszczem
Karą bryczką na gumowych kołach.
Klękaliśmy, całowaliśmy księdza w rękę,
Dotykaliśmy wysłannika Pana Boga.
Prysznic kropidła oczyszczał lepiej
Od mycia w cebrzyku w ciepłej,
Zimnej wodzie przed niedzielą i świętem.
Szedłem do kościoła w Borowej przez pola Dziadka
Ścieżką wydeptaną tysiącem modlitw.
Mijałem w szczerych polach dwa domy:
Kilometr, dom, kilometr, dom, kilometr, kościół.
Pustelnicy mieszkali w tych domach,
Pustelnicy miłości do ziemi ojców,
Samotni na drodze do kościoła.
Na końcu drogi był mur cmentarza.
Małe zapadnięte groby, morwy słodkie,
Tablice z błędem ortograficznym,
Życie poskładane w magazynie śmierci,
Dolina Jozafata w małej wsi Borowa,
W której moi przodkowie czekali na mnie.
I czekają nadal z nadzieją, że przyjdę.
Morwy słodkie jedzone nad życia grobami,
Były dla mnie pomostem pomiędzy przodkami,
A moim apetytem, który był objawem,
Życia z nich poczętego, lecz także przejawem
Zupełnej bezczelności, jak stwierdziła ciotka.
I powiedziała jeszcze, że kara mnie spotka
Za moje ludożerstwo i za zasad braki
I że tak samo jak ich zjedzą mnie robaki.
Potem były nędzne domy drewniane, pożydowskie.
Ich mieszkankę zastrzelił granatowy policjant,
Gdy uciekała z dzieckiem zaroślami nad Wisłoką.
Dziecko też zastrzelił, słyszę do dziś jego głos.
Na jednym domu pisało: położna.
Na innych czas wypisywał nocami wspomnienia.
Na rogu rynku stała kuźnia, przed nią brudny koń,
Wóz, który zgubił koło opierał się na osi.
Poczta, z której przychodziły listy od drugiego dziadka
I wtedy tata był zły albo zamyślony. Potem już tylko:
Kościół stał na wzgórku, otoczony murem,
Przed nim organistówka, za nią duże drzewa,
Nad nią stara dzwonnica z poszarpanym sznurem
I krzyż, na którym siedział ptak i śpiewał.
Kościół boży na górze za bramą z żelaza,
Której sam bym nigdy otworzyć nie zdołał,
Którego, według Babci, nie zmoże zaraza
Ani szatan, chociażby wszystkie diabły zwołał.
Kościół ogromnie duży dla chłopca małego,
Z wielkim złotym ołtarzem i świętymi dwoma,
Którzy z kluczem i z mieczem patrzyli na niego,
Jakby chcieli go razem do Boga przekonać.
Muzyka była piękna jak boże istnienie,
Ludzie sercem śpiewali, to co każdy czuje,
Ja żyłem tą muzyką i miałem wrażenie,
Że co chwila pod niebo wraz z nią odlatuję.
Piękne mi pozostały z kościoła obrazy
Szopki boże jasełka i grób Pana pusty,
Wieniec pszenny, błagania o koniec zarazy,
Śluby piękne i smutne pogrzebowe chusty.
Tęsknię do tego czasu, do tego kościoła,
Zmalał dzisiaj i przycichł jakby się zestarzał.
Żałuję, że mnie dzisiaj jego głos nie woła,
Że Babcia już mi jego modlitw nie powtarza.
Droga z kościoła zamieniała się w szybką radość
Obiadu, który czekał, nie trzeba było powtarzać.
Niedzielne jedzenie inne od wszystkich,
Złapana i zabita na pieńku kura,
Ofiara soboty, zmartwychwstawała
W niedzielnym rosole, najbardziej zdrowym.
VI
Zielone
Łagodziła nastroje rozszerzała pory w skórze wyciągała
trucizny zjedzone z proszkiem do pieczenia kruchych ciast
drożdże jedynie słuszne szły za nią krok w krok mimo tego
ekologicznej niewiary w cywilizację nie posiadała
zabrała ją matka boska
sok z aloesa na wszelkie dolegliwości dawała babcia
hodowała na parapetach małe sachary kaktusów
zbierała listki po łąkach zamieniała na herbatki
kokakole jej czasów mali arabowie jedli podpłomyki
nie bała się bakterii i atomów w drutach ekologii zamyślona
nad swoją krową o anielskim mleku plotła wianki wnuczkom
śpiewały o jasieńku i kasieńce o samotności
po kanałach polnych żeglowali w baliach glondolierzy
brudni i zieloni od glonów
Tatarak rósł wokół stawu na kształt szabel
Wołodyjowskiego pułku, gdy ruszał na wroga.
Wyrywaliśmy go z kuzynem naręczami.
Miał białe, słodkie kłącza, które smakowały
Inaczej niż warzywa, których wtedy nie było.
Nieśliśmy go pod dom Babci, aby był zielony
Jak nadzieja na dobry rok na polach i w oborze.
Białość domu pobielonego wapnem była kolorem
Najcenniejszym czystości i niewinności.
Białe ściany odbijały słońce, białe ściany pachniały,
Do snu tuliły jak pierzyna białego puchu,
Kontrastowały z brudnym brązem glinianej polepy,
Z dachem, wyzielenionym kępami mchu na dachówkach.
Procesja machała witkami brzozy,
Procesja wiodła Pana Boga przez pola,
Przez zagrody nasze, w których się powodzi,
Procesja pachniała kwiatami polnymi i brzozą.
Zawsze była pogoda kwitnąca młodą zielenią.
Na Świętego Jana na polach zapalały się ognie,
Nasadzone na długie kije płonące snopy słomy.
Oczyszczały i odpędzały złe moce nas trapiące,
Które ognia się nie bały jak ognia, bo z ognia były,
Ale ten ogień był święty w swoim pogaństwie,
Błogosławiony i radosny bliskim latem i żniwami.
Ognie dalekie od stodół pustych, ale już pewnych,
Że brzuchy ich zaowocują ziarnem ze snopów zboża,
Wytłuczonych cepem, albo wygniecionych walcami młockarni
Z pełnych kłosów. Przywieźli je woźnice wozami
Ubranymi w jakubową drabinę na dwa złamaną.
Nie sięgnie już nieba zaprzężona do pracy
Chłopskiej, jak dwie żydowskie chabety.
Budowałem z Dziadkiem stodołę, trzymałem
Deski, żelazne gwoździe wbijałem w belki,
Grube, tworzące szkielet stodoły, żywej istoty.
Wpadaliśmy z lubością w jej słomiane wnętrze,
Siedząc wysoko ponad klepiskiem patrzyliśmy
Na maszyny, wóz, pusty drugi sąsiek.
Złamała mi rękę, gdy w chwili uniesienia
Skoczyłem stos desek jeszcze nie przybitych.
Zagony
zaskibione aż po horyzont
z kropką wrony po każdej bruździe
w żółci kłujących ściernisk
czyta ją człowiek i ptak
zraszając potem i deszczem
przerżnięta pługiem w połowie
dżdżownica podwaja swoje istnienie
są aby zniknęły w urodzaju
przyjmują ziarno by plon wydało
stokrotny albo trzydziestokrotny
są częścią przymierza
osełka sera osełka masła
osełka do ostrzenia kosy
lemiesz srebrem czysty
jasność ziemi
Wcześniej rząd żeńców z kosami, rycerze pól złocistych
I rząd kobiet, branek upadłego zboża.
Śmiech, śpiewy, żarty póki sił starczyło
W ramionach, w dłoniach, w nogach.
Kwaśne mleko na miedzy i nowe ziemniaki
Ze skwarkami jak gwiazdeczki na jasnym niebie.
Ostrzenie kos, podwinięte spódnice, jasne łydki,
Pot lecący do oczu, boży trud
I szeregi kopek idących powoli do stodoły
Na odpoczynek, jak żeńcy i ich kobiety.
Stogi
stoją pękate
jakby pochłonęły wszystkie igły świata
a wszystkie cerkiewne modlitwy
zabłądziły w ich kopuły błędne dusze
rozwleczonych pagórków
stoją kolorowe
umarłymi kolorami minionej wiosny
zmieszanie barw błogosławieństw
w szarości
mumie traw
statki do muczącej wieczności
krowiej mlecznej
zasuszone wypreparowane z życia
wiecznie żywe
pachną
wieczną wiosną odnowionym życiem
groby wiecznych z martwych powstań
Marynia, moja kuzynka, której mówiłem pani,
Bo zobaczyła ten świat pokolenie wcześniej,
Mieszkająca obok Brnia, daleko od gościńca,
Niosła wieniec dożynkowy z długimi wstęgami.
Kapela, skrzypki i klarnet, wywijała obertasy
A ludzie pili i bawili się za wszystkie czasy.
Odważnie patrzyli na idącą w oddali zimę,
Chociaż ziemia jesienna o ziarno wołała
I siano, a nie trawa, pachniało już krowom.
Obsychały powoli liście, trawy, dłonie,
Umierały ostatnie motyle, a bociany odlatywały.
Nad cmentarz w Borowej, nad groby,
Nad morwy bez liści i bez słodyczy
Nadlatywały duchy przodków.
Czyli kogo? – myślałem przez chwilę.
Nie było kolorowych zniczy,
Długie świece wyginały się w gorączce,
Jak porażeni śmiercią ludzie na końcu drogi.
Dzień zmarłych nie był tak uroczysty
Jak dzisiaj, gdy ludzie boją się śmierci.
Śmierć była wyzwoleniem z kajdan życia,
Czymś naturalnym jak urodziny dziecka.
Dziadek po śmierci leżał w domu,
W trumnie otoczonej gromnicami,
Które chroniły przez piorunami na co dzień
I oświetlały drogę do Boga po śmierci.
Za ścianą spali ludzie, płakały dzieci
Z bólem brzucha, ciężko żyć małemu.
Stare kobiety szeptały modlitwy zaduszne
I powoli nadchodziły Święta najświętsze,
Gdy Bóg się rodził, do ludzi przychodził,
Jasny taki, uśmiechnięty,
Poprzez matkę w ziemię wzięty,
Dobrodziej.
Anioły się zlatywały,
Na chałupie przysiadały,
Na co dzień.
Pastuszkowie od krów brudni,
Wyglądali w tym dniu cudnie,
Wieczorem.
Na fujarkach przygrywali,
Bosą nogą przytupali,
Z honorem.
Za turoniem biegły dzieci,
Diabeł im oczami świecił,
Krwawemi.
Śmierć ciągnęła swoją kosę,
Naznaczoną ludzi losem,
Na ziemi.
Biały anioł wraz z Judaszem,
Wyśpiewali nuty basem,
Od rana.
A za nimi trzej królowie,
Nieśli dary co się zowie,
Dla Pana.
Stół wigilijny rozkładano w pokoju
Zimnym przez całą zimę, z jednym piecem,
Wielką szafą, kufrem i stołem,
Dwoma łóżkami, w których nikt nie spał,
Chroniąc się przed zimnem w kuchni,
Której połowę zajmował wielki piec chlebowy.
Barszcz i pierogi z kapustą i serem,
Kapusta z grochem, ziemniaki,
Może ryba, której nie pamiętam,
Bób którego nie lubiłem,
Mając w pamięci biały groch
Z żyznych pól drugiego Dziadka.
Do lasu było daleko, gdzieś za Wisłą,
Czasami więc choinka nie przyszła.
Przychodzili za to kolędnicy z Judaszem i Piłatem,
Jakby się spóźnili na poprzednie święta.
Był i diabeł i turoń i gwiazda na kiju.
Czasem świeciła i obracała się
Jak sfera niebieska.
Sonet na Boże Narodzenie
Trzymam w dłoni igliwie młodości choinki
zapach stołu z wigilią jeszcze wierci w nosie
w pamięci nie ma śladu po zbędnym patosie
Matka wzrusza prostotą cieszą upominki
życie tkane przez lata w dzieciństwa osnowę
blaknie zmienia kolory kontury zaciera
milknie echo wysokie mego per aspera…
ku wigilijnej gwieździe odwracam znów głowę
do ciepła dni minionych do tej jednej chwili
gdy wszyscy byli razem i z opłatkiem w dłoni
swoje szczęście dla innych z radością dzielili
wracam teraz za gwiazdą która czar rozsiewa
słyszę jak gdzieś za oknem miedź szlachetnie dzwoni
i Ojciec niby kantor swe kolędy śpiewa
Potrzeba teatru odżywała w prostych ludziach,
Trochę śmiechu, może odrobina zadumy.
Wynagrodzenie zależne od wieku diabła,
Trochę sera albo trochę wódki, rzadko grosz.
Mróz rysował cudaczne kształty na szybach.
Wyzwalał dziecięcą wyobraźnię do wysp
Ciepłych mórz, dziwacznych stworów,
Wychowywał pokolenie czcicieli telewizji.
Dmuchałem w szybę ciepłym oddechem dziecka
I oko zaśnieżonego świata otwierało powiekę.
Krzywy płot, skulony pies przy stodole,
Wiszące ze studni sople podziemnej wody.
Nie było pantofli na zimno polepy.
Łóżko lub okręcone onucami stopy w butach,
Nuda zimy na wsi była przenikająca jak mróz.
Kobiety darły pierze, tłukły masło, doiły krowy,
Dzieci plątały się nikomu nie potrzebne,
Powoli dorastające do jakiś zajęć lub szkoły.
Wieczory przy lampie naftowej nie dawały uczyć,
Jasność lampy była ciemna i smrodliwa.
Dlatego gdy pewnej wiosny wkopano słupy
I powieszono druty, przyszła do Babci domu
Cywilizacja.
Zaczęła się niespodzianie
Od dnia, w którym zabłysła żarówka,
Powieszona na drucie u drewnianej powały.
Można ją było zaświecić bakelitowym włącznikiem,
Nazywanym, nie wiedzieć dlaczego, wyłącznikiem,
Choć włączał w Sadkowej Górze cywilizację.
Pewnie zawsze ważniejsza była oszczędność prądu
Od pożytków z jasności.
Kury nadal chodziły spać o zwykłej porze
Lecz nie stanowiło to już pretekstu dla Dziadka.
Zaczął wieczorem czytać gazetę i patrzeć,
Czy ciotka odrabia lekcje. To było teraz ważne.
Odwieczna hierarchia w przyrodzie została zakłócona.
Słońce, księżyc, pochodnia, zamieniono na
Słońce, żarówka, księżyc.
I od tej pory nic już nie miało pozostać
Zbyt długo na swoim starym miejscu.
Wiosna przychodziła niespodziewanie.
Zbyt byliśmy zmarznięci, aby dostrzec
Jej pierwsze jasne przebłyski.
Dopiero Święta Bożego Zmartwychpowstania,
Nazywane dość prostacko Wielkanocnymi,
Zapowiadały powrót życia i wiosnę .
Jaja gotowały się w łupinach cebuli,
Potem długo skrobałem z Mamą i Babcią
Kwiatuszki, kreski, kółeczka, co umiałem.
Kiełbasa, chleb, sól, dopełniały koszyk.
Wozy jechały z całej parafii paradne,
Bryczki plecione, wasągi, zwykłe fury.
Ciągnęły je konie parami i pojedynczo.
Kare, bułane, gniadosze, zwykłe szkapy.
Gospodarze podkręcali wąsa,
Dzieci piszczały, panienki zerkały,
Ksiądz machał z mocą kropidłem,
Nie żałował wody.
Czasami przyjeżdżał święcić do szkoły
Wtedy święcone smakowało mniej.
Niedziela wielkanocna przechodziła
Niespostrzeżenie bez radości kolęd.
W poniedziałek radość wylewała się
Ze studni na roześmiane głowy dziewczyn
Zaczynał się przednówek.
Niedziela Palmowa
Nie miałem w życiu tryumfalnego wjazdu.
Gdziekolwiek. Ba, nawet wejścia z aplauzem paru gapiów
oszczędził mi los. Widać nie zasłużyłem sobie.
A może jestem tak mało ciekawą osobą, że nawet osły
nie odwrócą głowy z nad żłobu, w którym owies.
Zasuszone kwiatki jesieni utkane na wierzbowej witce.
Nie zmartwychpowstaną. Nie popłynie sok przez ich kolory,
nie nasyci życia. Pastele, barwy jesieni i śmierci. Łagodne.
Łatwo przyswajalne. Poprzez oczy. Kojące.
Dziadka wóz zajeżdżał tryumfalnie na podwórze,
ciągnięty przez Kobyłę. Babcia trzymała w dłoniach palmę.
I nie była to palma pierwszeństwa. Zawsze za Dziadkiem i Kobyłą.
Ale Dobroć zawsze była pierwsza. I łagodny uśmiech.
Dzisiaj pamięć w ewangelicznej kolejności przypomina:
Babcia, Kobyła i Dziadek, który coraz bardziej nieistniejący.
Czy warto być pierwszym na tej ziemi? Czy warto oczekiwać
aplauzu gapiów? Tak szybko zapominają. Chętni ukamienować
pamięć. A jednak jest coś, co pozostaje.
To miłość. Jedni wiozą ją na osiołku, inni na wiejskiej furmance.
I pewnie nie widzą chwilowego zachwytu gawiedzi. Zapatrzeni
w przyszłość do przekształcenia na obraz i podobieństwo
tego, co ponad mody. Tego, który wciąż zmartwychpowstaje.
VII
Korowód Świętych
Świat czarno biały a na nim anioły
razem z wronami na lipie skulone
skrzydło przy skrzydle bo gdy anioł goły
nawet piekielne ciepło weźmie wronie
świat rozdzielony na dwoje rozdarty
z tej strony szaro jasność z drugiej strony
idzie prababcia kijkiem płoszy czarty
dla niej co zima czart ma postać wrony
ojca znajduję jak przez rzekę brodzi
z domu ucieka nieświadomy drogi
skręcone członki w bólu babcia chodzi
jak rosochaty konar końca drogi
jasnym obłokiem płyną myśli mamy
zwijają bóle w muśnięcia bandaży
jeszcze głos brata pozostaje z nami
jakby niepewny co mu się przydarzy
na brzegach świata przycupły anioły
stróże po ludziach których już tu nie ma
niepewne losu bo gdy anioł goły
każda go grypa do ziemi przyziemia
i tylko wrony niezmienne od zawsze
jak czarne myśli po głowie się snują
wuj Jan je tylko jak gołębie głaszcze
wszystko co żywe swym życiem szanując
ja także życie nad wszystko wywyższam
gdy coraz bliższy mego życia koniec
i nawet wrony kocham gdy się ziszcza
gdy po jesiennym snują się zagonie
Gościńcem szła powoli, podparta na laseczce,
Maleńka kobiecinka o plecach mocno zgiętych
Jak stolarski kątownik Boga, Stwórcy Wszystkiego.
Zamknięta w krzywym ciele, które tak wiele przeszło
Przez czas, który był zawsze pytaniem i odpowiedzią.
Karmiła kury, rodziła dzieci, gotowała strawę
I uśmiechała się do świata zawsze pogodna,
Mająca pod zapaską odpowiedź na pytania czasu,
Odwieczne, jak jej sposób na życie.
Matka mojej Babci zamykała drobnym krokiem
Koło swojego życia, zatoczone pomiędzy domami
Dzieci, które urodziła, mieszkającymi w okolicy.
Gliny, Glinki, Ostrówek, Sadkowa Góra, Gliny.
Kształtowała je przez dziewięćdziesiąt cztery
Lata swojego życia, znała każdy jej kamień
Może każdą mysz polną. Mówiła do niej, a do mnie:
Dzień dobry Andrzejku, ty jesteś Andziny,
Pamiętam, jak cię przywieźli do Sadkowej,
Chyba w pindziesiątym pirwszym roku,
Wtedym byłam na żniwach u Helci, to pamientom,
Teroz już nie pomogom, bo już dziesiąty krzyżyk
Nosze na tym moim garbie.
I patrzyła na mnie przechylając na bok głowę, uśmiechnięta,
A ja musiałem pochylać się, by widzieć jej oczy i słyszeć
Jej słowa, łagodne. Zapadały bardziej od rozkazów,
Gdzieś na dnie serca znajdowały miejsce
I zostały na zawsze nawet wtedy, gdy od ostatniej drogi
Po Ostatnim Kręgu zataczanym końcem zimy
Małymi stopami po zaśnieżonym gościńcu,
Którym pędziły już autobusy, ale nie dla niej,
Minęło trzydzieści kilka lat.
Droga przez życie do Boga,
Nieustanna wędrówka po Kręgach Życia,
Wciąż tak samo, a jednak coraz wyżej i wyżej.
Po co szła te dziesięć kilometrów zimą
Do syna, stareńka kobieta?
Żeby przeziębić się i cicho umrzeć?
Nie, to nie jest dobra odpowiedź
Wielki kamień
Zataczamy wielki kamień zostawiamy za sobą
sprawy zbyt nieporęczne jak krzyż lub przykazanie
odchodzimy z miejsca pytań o nasze wątpliwości i
trwogę biorąc jedynie to co łatwe do niesienia
Zataczamy wielkie koło to co było lekkie
czynimy ciężkim co było dobrem czynimy złem
Bezsilni drogą dochodzimy do grobu pytań
w którym odpowiedzi przywalone ciężarem niepamięci
czekają posłuchania
stoimy z prośbą bezgłośną pragnieniem Chrystusa
który kamieniem nam i krzyżem
VIII
Recykling
Wszystkie piękne rzeczy są na zawsze
nie niweczy ich to co brzydkie w człowieku
wpisane w duszę świata stanowią o nieprzemijaniu
świat nadmiaru przetwarza śmieci
fałszując rzeczywistość powszechnej brzydoty
ograniczeni kręgiem zegara
chcemy świadczyć o powrotach
rzeczy i spraw po zatoczeniu kyklos
ruch świata w swojej istocie nie jest cykliczny
liniowość zdarzeń jest istotą czasu
nic nie dzieje się dwa razy
tylko małe okienka otwierają się na chwilę
by niektórzy mogli ujrzeć fragment odwiecznej
pięknej duszy Wszystkiego
Dlaczego coś jest piękne?
Nikt tego nie wyjaśni
W swoich zawiłych księgach, mowach w mądrości długich.
Bo pięknym jest budynek, krajobraz górski, strumień,
Figura chmur na niebie, słowo, stół i telefon.
Piękną może być wiara, obrazy, frazy wiersza,
Dłonie i jeden palec, blond włosy i walizka.
Piękno to rzecz umowna, ma jednak wspólną cechę:
Jest rzadkie, nawet jeśli spełnia kryteria piękna,
Ustalone przez znawców, choć też niezwykle płynne.
Piękno zawsze pociąga, zachwyca, fascynuje,
Nie pozwala przechodzić obojętnym, gdy ono
Świat otwiera tajemny lub kołysze biodrami,
Tak, że zmysły w nas drgają, jak przy dźwiękach muzyki.
Piękno można za darmo kontemplować rozumem,
Ale można go kupić, aby dotknąć, powąchać,
Mieć na własność, by zbrukać, zmysłów tryskając burzą.
Tak było przez stulecia.
Ktoś pragnął naszyjnika,
Inny rzeźbę zamówił u Michała Anioła,
Inny jeszcze kupował do haremu kobiety.
Lecz w tych pięknach istniała swoista równowaga:
Równoprawność w tworzeniu piękna zespolonego,
Które świat czyni pięknym w całej swej złożoności.
I liczyło się zdanie znawców, którzy umieli
Cechy piękna określić i ocenić istnienie,
Jego wartość i ilość .
Piękno ludzkiego ciała
Nad każde inne piękno zawsze było wznoszone.
Człowiek jest tworem Boga, jak Natura dokoła,
Miłość lub pożądanie podkreśla piękno ciała
I stawia je na czele w hierarchii piękna świata.
Reszta jest tylko kopią, nawet jeśli się kocha,
Pożąda, walczy o to. Wytwór ludzki rozumu
I rąk sprawnych, nic więcej.
Piękno ludzkiego ciała
Bywało tajemnicą, zakrytą przez odzienie,
Przez to bardziej cenione, pożądane, tajemne.
Wyobraźnia dawała dodatkowe podniety
W kreowaniu pięknego, co jest z prochu i ducha.
Nie dało się poprawiać w sposób istotny Boga,
Tylko drobne korekty, szminką, płótnem, fryzurą,
Choć także zmiana stopy, kształtu czaszki czy ucha,
Ciała na bardziej spasłe lub chude ascetycznie.
Chęć poprawiania Stwórcy była w ludziach od zawsze,
Jednak ubóstwo środków ograniczało czyny
Do podkreślania tego, co wcześniej stworzył Stwórca.
O pięknym ciele marzą ludzie przez wszystkie czasy,
W zachwycie tak jak Narcyz trwając nad darem bogów
Lub kształtując na nowo, aby piękno wydobyć.
Piękno to nienormalność na szarym polu życia,
Kwiat wykwitły pośrodku obskurnego podwórka,
Piękno wpisane w kanon niby stalowy gorset
Rzadkim jest i wymaga korekty lub upiększeń.
Lecz ciało ma tę cechę, że pięknieje od ducha,
Nawet jeśli daleko mu do wzorca piękności,
Duch potrafi odmienić swoją ziemską powłokę,
Uczynić ją powabną i godną pożądania.
Jednak w swej masie ciała są brzydkie lub tragiczne,
Gdy z ubrań je obedrzeć brutalnie tak jak w Auschwitz
Lub obnażyć gromadnie jak na plaży nudystów.
Odzierając z ubrania, niszczymy tajemnicę
Piękna, która człowieka pięknym czyniła, mimo
Jego szpetoty, przywar, wad cielesnych, głupoty.
Nagi człowiek na plaży osłonięty jest seksem,
Który umniejsza wady.
Nagi człowiek przed śmiercią
Jest zupełnie odkryty w swojej tragicznej prawdzie.
Strach wykrzywia mu rysy, albo Bóg je rozjaśnia
I odchodzi w brzydocie albo w aurze świętości.
Ojciec
Mój ojciec bardzo lubił drewno
dotykał w drewnie tajemnicy
wyssanej z ziemi w której leżą
rycerze święci i grzesznicy
Widział ich uwięzionych w drewnie
dłońmi próbował wyprowadzić
posadzić w cieple przy kominie
rozmowę zacząć nieskończoną
Prosty nie wiedział że żywiołem
piątym jest drewno dla Chińczyka
nigdy go przecież nie zapytał
był wielkim murem rozdzielony
Nie znał też chemii żeby wiedzieć
że z węgla tlenu i wodoru
słoje zbudował ktoś dla niego
by dłutem wywiódł z nich marzenie
Wbrew całej wiedzy w drewnie rzeźbił
czuł opuszkami jasne dusze
sadzał je w lipy białe ciała
nocami wiedli swe rozmowy
I dnia pewnego gdy zostawił
za sobą świadków swej pamięci
z krzyżem lipowym odszedł cicho
tam gdzie lipowi poszli święci
IX
Jaką diagnozę życia wyda mi kiedyś doktor,
Który śmierci odbiera, gdy mu swe bóle wyznam?
Może to gościec myśli, zatwardzenie poglądów,
Rozwolnienie idei, połykanych w dzieciństwie,
A może zwykły uwiąd życzliwości do świata.
Jaki obraz na końcu z tunelu się wyłoni
Gdy ja wciąż gorzej widzę, bo kontur rozmazany,
Jakby impresjonista podawał mi śniadanie
Lub Heisenberg określał dokładność mych poglądów.
Słowo, które od świata pierwszej chwili istniało,
Nie było częścią zdania, nie było częścią mowy,
Nie było częścią życia lub jego antytezą.
Nie było cichym jękiem ani okrzykiem triumfu.
Było wszystkim tym na raz i takie pozostało.
Słowa, które witają dnia każdego początek,
Są jak fałszywe perły na stole rozsypane.
Każde z nich samo w sobie posiada trochę światła.
Zręczną ręką złożone w naszyjnik, mogą zalśnić,
Mogą wzruszyć na chwilę, uroku przydać szyi,
Lecz rzadko tworzą wartość, o którą warto walczyć.
Mimo tego poeci słowa składają w wersy,
W zdania jak życie długie i płaskie jak naleśnik,
W książki – potwory nudy, których każdy unika,
A biblioteki proszą o niebozmiłowanie.
Słowa są dziś towarem, tym, który reklamują,
Wierszem, karmą dla kotów, żółtą prezerwatywą,
Łodzią podwodną albo spełnieniem wszystkich marzeń.
Słowa są do kupienia, słowa są do sprzedania,
Słowa są zawartością i są opakowaniem,
Są chwilą przyjemności, są też rozczarowaniem.
Czasem zabiją cicho. Bezkrwawo i bezkarnie.
Najbardziej upodlone są słowa polityków,
Przypominają dziwki, stojące przy ulicy,
Gotowe sprzedać siebie za obietnicę forsy.
Tu wszystko jest możliwe, każda słów kombinacja,
Każde słowa znaczenie, nawet wbrew Słowa woli,
Wbrew zasadom logiki, gdzie prawda jest nieprawdą,
A piękno może zostać najszpetniejszą brzydotą.
Dziś słowo jest jedynie obrazu dopełnieniem.
Woli jego zaborczej posłuszne w słów doborze,
Słowa tracą tożsamość, tracą pierwotną siłę.
Skrybowie i drukarze zmarli dawno pośród liter,
Znaczonych gęsim piórem lub czcionką Gutenberga.
Pozostał po nich papier upstrzony czarnym tuszem
I myśli nieskończona głębia wśród starych znaków.
Wszystkie sprawy najbardziej dla ludzkości istotne
W rzędach liter zawarto, w słowach moc ich ukryto.
Niepotrzebny był obraz w wielkiej Biblii. Wystarczył
znak od Boga słowami w nią od wieków wpisany.
Duch zła podrzuca obraz uwielbienia człowieka,
Słowem gardząc. Wszak będziesz potężny jak bogowie,
Wyobraź sobie siebie równym Bogu, wszechmocnym!
Patrz, jak wielkim jest człowiek!
Wszak jesteś tego warty!
Pozwól sobie na wszystko, wszak masz do tego prawo,
Twoje ludzkie, człowiecze, nie przez Boga ci dane,
Ale przez Wielki Rozum, inkwizytora Boga,
Który już niepotrzebny, znów będzie osądzony
I spłonie w ogniu kartek nikomu nieprzydatnych.
W seksualnie przyjemnej atmosferze nowego.
Pokolenie - psalm 90
Już coraz lżej dotykamy ziemi chociaż
Coraz ciężej stawiamy na niej stopy
W butach o podeszwach bardziej zdartych
Niemodny krój naszych myśli nie przystaje
Do trendów w filozofii i reklamie
A słowa nasze trafiają do lamusa
Jak niepotrzebny plon lat urodzaju
Potrafimy już liczyć dni nasze Panie
Chociaż niewielu z nas wie że mądrość serca
Może być skutkiem dni które nie wracają
Stoimy w miejscu coraz bardziej kamienni
Dni swoim pędem szlifują nasze twarze
Pomniki nagrobki małych cmentarzy
Wiele głosów oczu twarzy znajomych
Przychodzi wraz z zamknięciem sklepów
Jakby na spóźnione zakupy wspomnień
O czynach dobrych i złych gestach słowach
Co najmniejszemu uczyniliśmy myślimy
Dlaczego nie odpłacono nam dobrem
Za złotą monetę rzuconą wbrew sobie
Tajne grzechy nasze w świetle oblicza Twego
Stają się jawne jak knowania szpiega
Mimo że zabrałeś niektórych z nas wierzymy
Że nasze życie trwa lat siedemdziesiąt
A gdy sił stanie lat osiemdziesiąt
I żyjemy nadal dniem dzisiejszym
Chociaż dzień wczorajszy jest jak tysiąc lat
W oczach Twoich jak mgnienie
Drzewo przed domem w domu synowie
Wypełniamy odwieczne nakazy ojca
W zmęczeniu swoim jesteśmy jak trawa
Rano kwitnie i rośnie pod wieczór więdnie
Jesteśmy jak sen poranny przerwany
Przez straż nocną która odchodzi
X
Seks i pragnienie władzy są motorami życia,
One czynią świat zmiennym. I tak było od zawsze.
Seks daje ciału powab, zaćmę na oczy kładzie,
Człowiek nim opętany traci jasność myślenia
I rzeczy czyni proste nieskończenie trudnymi.
Lecz seks stanowi także miłości dopełnienie
I jest wtedy czynnikiem budującym wspólnotę,
Uzupełnieniem władzy, którą mądrzejszą czyni.
Niczym nie hamowany jest seks destrukcji panem,
Człowieka i społeczność niszczy swym rozpasaniem.
Gdy hiperseksualność stanie się dominantą,
Pragnieniem wielu, środkiem na ciała bytowanie,
Niszczy powoli wszystko, społeczeństwa i państwa,
Rodziny i jednostki. Tego nas uczy przeszłość,
Tak dzisiaj dla nas ważna, starożytnego Rzymu.
Przestało istnieć tabu związane z cielesnością,
Ludzkim wstydem. Artyści przekroczyli granice
Duchowości i zdrowia, fizjologii i życia,
Seksu w każdym wymiarze. Tylko czy to już koniec
Sztuki, czy koniec życia, jakie było? A może
Koniec cywilizacji?
Gdy umiera idea,
Która stworzyła ludzi, kiedy człowiek umiera,
Zaczyna się upadek kultury, sztuki, świata.
Gdzie wszystko subiektywne, ginie dobro i prawda,
Piękno także umiera, choć każdy pragnie, aby
Być piękniejszym i zmienić, co od losu otrzymał.
I ciało, które było kiedyś siedzibą duszy,
Staje się pustą kukłą, dowolnie kształtowaną,
Zgodnie z potrzebą chwili i modą.
Co zostanie
Po nas? Po naszych sprawach? Po sztuce, która niknie?
Po ciele zniekształconym? Po martwej duszy? Wierze?
Czym zastąpić religię, chrześcijańską tradycję,
Którą tak wielu pragnie wyrzucić do śmietnika?
Wszystko wszystkich umiera, kończy się niespodzianie
W indywidualnych światach, które sobie tworzymy,
Oddzielonych od siebie barierą samolubstwa,
Samorealizacji i samoprzyjemności.
Wolność wszystkich nie składa się z wolności każdego,
Zamkniętego na innych, zimnego egotyka.
Wolność to sprawa wspólna i jeśli jej nie mamy,
Nadejdzie ktoś, kto wolność odbierze nam i nawet
Nie spostrzeżemy tego, zajęci sami sobą.
Kiedyś
Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się kryteria.
Mody drenują nieznane pokłady. Już docierają do skamielin.
W nich tylko ślepy kret archeolog jest na swoim miejscu.
I tylko on wie, że światło zabija. Światło.
Widziałem, gdy niespodzianie wyłaniałeś się
Zza samotnego drzewa na polu, albo wychodziłeś z czeluści
Wąwozu, albo stałeś na pagórku nad łanami jak pogański bożek
A może prorok. Chodziłeś po dolinach i wzgórzach ziemi.
Cierpiałeś choroby ludzi, złamane nogi, serca, ciężkie porody,
małe i duże nieszczęścia.
Była w twojej obecności tajemnica niedostępna kamieniom,
Drzewom - strażnikom miedz i polnych dróg, płochym sarnom,
Ale i ludziom, trwożliwie patrzącym w dłonie, czy nie pozostało
Ziarno ostatnie, z którego plon na przeżycie.
Tajemnica; ta nie rośnie z kwiatami polnymi, nie można jej zebrać
W naręczach żyta ani wykopać na polu, na którym skarb albo ,
Ostatni kartofel. Nie ma jej w krótkich przyjemnościach,
Słowach rzucanych bez potrzeby, uniesieniach na palcach.
Kryje się pod podeszwami butów, stawianych na matce ziemi,
W intencji dojścia, chociaż nie wiadomy czas i cel tajemny.
Kryje się za zmrużonymi powiekami; zmęczenie kończy
Najwspanialszy krajobraz i perspektywę. Światło.
Kiedyś zmarła Cezaria Evora. Była jego promieniem.
Może twoim głosem. Ty pozostałeś. Wyciszony.
Nie mówisz wielkimi literami. Szepczesz. Prawie nie słychać.
W zgiełku zapominamy, że mogłeś wszystko. Zostawialiśmy ci
Naszych zmarłych, naszych cierpiących, chorych na świat.
To było takie proste, choć takie trudne w swej prostocie.
Nie oddychała żadna maszyna, oddech przenoszono z ust do ust,
Jak ostatni pokarm. Słowo było dobre. Było. Dzisiaj strach.
Co ja z nim zrobię? Sama. Sam. Co powiem? Na drogę?
Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się słowa.
Opowiadano o tobie dzieciom. Nikt się nie dziwił.
Dzisiaj mówią: kłamstwo. Wiara, jeśli jest, nie oznacza tego,
Co oznaczała, kiedy byłeś. Wiara jest wieloznaczna.
Nic na zawsze, wszystkie wielkie słowa to grafomania.
Możesz być co najwyżej pojęciem w reklamie. Przedmiotem zarobku.
W pozyskiwaniu przedmiotów. Pożądania.
Jesteś fałszywy, kiedy nie służysz zarabianiu.
Kiedy nie jesteś częścią waginy, kiedy nie zdarto z ciebie
Ostatniej szmaty, by ujrzeć prawdę,
Kiedy nie nałożono na ciebie tęczowej szaty króla,
Jesteś tylko bajkowym dinozaurem, made in china.
Zamiast istnieją skrzyżowanie ulic, kłopotliwe w powrotach do domu.
Trwoga lub trwożliwa rezygnacja końca.
Przyjemność krótka jak kolejna kobieta.
Świat, który nie ma z tobą nic wspólnego.
Być może istnieję ja, zawinięty w świat wielkich liter,
Wielkich słów, które w tamtym brzmią fałszywie,
Jak symfonia grana na pastuszej fujarce.
Być może. Czasem ktoś włącza światło.
XI
Jestem jak zegar słoneczny, z dłońmi ku słońcu wysoko.
Cieniem czas się kładzie na moich oczach i myślach
I pogrąża w ciemności dni przeszłych tych, co byli.
Gdy wszystko w przód podąża, myśl wraca nieustannie
W swej wolności od czasu, do przeszłości odległej.
Nie jest w niej sprawczą siłą mogącą zmieniać przyszłość
Sama z siebie. Jest tylko nauczycielką życia .
Z wielką szansą odmiany tego, co kiedyś będzie..
Ci, którzy kiedyś byli, trwają nadal. Wracamy
Do ich słów, do ich twarzy, do napisanych listów.
Powracamy w modlitwie, prosząc o odpoczynek,
Wracamy spojrzeniami na zdjęcia i portrety.
Zmarszczki są namacalnym biegu czasu dowodem.
Daremny trud ucieczki przed odbicia wyrokiem.
Kiedyś i tak usłyszysz , to czego słyszeć nie chcesz,
Że przy Śnieżce nie jesteś najpiękniejsza na świecie,
Że twoja aparycja nie czyni cię żigolo.
Czy przyjmiesz ze spokojem ten wyrok oczywisty,
Czy bunt w tobie wybuchnie zupełnie bezsensowny?
To my decydujemy, jak szybko czas w nas płynie
Wraz z krwią nabrzmiałą tlenem i drobinami myśli.
Na ile nam ucieka, jak go wykorzystamy,
I co pozostawimy po czasie nam przyznanym.
Nasi zmarli
Przychodzą do nas niespodzianie ubrani w niemodne ubrania
o fasonach z minionych lat gdy jeszcze usiłowali nadążyć
u nich moda jest niezmiennie zastygła w oczekiwaniu
na werdykt ostateczny siadają na ławce przed domem
albo na kanapie przy kominku zależy jaką przynieśli
pogodę przypiętą do ich pamięci
pamięć jest prezentem z którym przychodzą
i długo patrzą na to co zrobiliśmy od ostatniej tutaj wizyty
nie mówią słowa są zbyteczne przecież tak dobrze się znamy
chcą wiedzieć chcą słyszeć że mówimy do nich
że myślimy o nich
mówimy im o chorobie cioci Jeszcze żyje ?
o dzieciach Ale podrosły o psie Chyba już niedługo
o kłopotach finansowych My też mieliśmy
o planach na wakacje Tam tak ciepło nie to co u nas
o domu który zbudowali Dobrze że Edziu go wyremontował
o ich starych jabłoniach Pewnie trzeba niedługo wyciąć
mówimy że nam brakuje ich słów ich dotyku
sprawdzonego spokoju potrzebnego niepokoju
umiejętności szukania zdolności znajdowania
ich dobrego słowa modlitwy za nas
popatrzą przez okno na pola na kolory które jak kiedyś
ubarwiają sady czerwieniami łzę cicho zdejmą
przejdą do sadu gdzie liście niby zimy przypomnienie
że niedługo śnieg zasypie ślady po pięknej jesieni
im tylko pamięć pozostanie z którą kiedyś do nas
potem znowu odchodzą by wrócić gdy pora
gdy naprawdę smutno i zimno
czasem sami idziemy do nich z rewizytą
na grobie siadamy kamiennym
w którym ich genom zamknięty do czasu
Ich Zmartwychpowstania
i myślimy żeśmy z nich
Krew z krwi kość z kości
że kiedyś przyjdziemy
Na dłużej
Gdy nie jestem z przypadku, to jestem z woli Boga,
I swoją wolną wolę współdzielę z Jego wolą,
Korzystając z tej części, którą kiedyś dostałem,
I która ma moc taką, że może być przeciwko.
Wybieram wciąż na nowo, chociaż już raz wybrałem,
Sprawdzam swą wolną wolę, próbując swoją wolność,
Ograniczoną Bogiem.
XII
Czy rodzina to tylko żona moja i dzieci?
Miłość i poświęcenie, i praca, i budowanie?
Czy też coś znacznie więcej? Chociażby wykluczenie
Z życia mego na zawsze ofiary samotności.
Która jesteś
Która jesteś od zawsze w dni moich korowodzie,
Wpisana w pamięć sadów i w linie moich dłoni
Jak Słowo. Od Początku, na wschodzie i zachodzie,
Niesiesz w sobie to wszystko, co miłość naszą broni.
Nie umiem tego nazwać, dłonią też nie uchwycę,
Tak jest ulotnie czułe i tak nieokreślone.
A jednak jest. Więc co dnia odkrywam tajemnicę
Co zamienia cię bez końca z kochanki mej w mą żonę
Jesteś przy mnie spokojna jak wieczór ciepłym latem,
Zachodzącemu słońcu dodajesz barwy Nieba.
I choć idziemy w starość wraz z naszym wspólnym światem,
Masz w sobie to, co sprawia, że lękać się nie trzeba.
Zamykasz w swoich dłoniach nasz dom i moje myśli,
Dzieci naszych pragnienia pieścisz w nich aż dorosną,
Aż znajdą na tym świecie tę rzecz, po którą przyszły,
I pójdą z nią przed siebie drogą jak nasza, prostą.
Cała jesteś utkana ze złotych nici życia,
Które ptaki i jeże ciągną za sobą w sadzie.
Krzak jaśminu cię pieści zapachem swym z ukrycia,
Ptak o złamanym skrzydle na dłoniach twych się kładzie.
Idziesz najprostszą drogą przez łąkę wśród stokrotek,
Pośród przyjaznych trzmieli, pszczół zbierających miody,
Pośród życia. I w życiu wciąż widzisz barwy złote
I kuszące jak wtedy, gdy byłem jeszcze młody.
Coś, co dla mnie najprostsze, nie dla wszystkich jest proste.
Coś, co dla mnie najświętsze, nie dla wszystkich jest święte.
Coś, co łatwo rozumiem, nie każdy pojąć może.
Coś, co dla mnie oparciem, dla innych jest przeszkodą.
Zbudowałem świat prosty. Z pojęć tak jednoznacznych,
Że wielu nie zrozumie ani słów ani świata.
W zapętleniu rozumu, Boga, słowa, wartości,
Z pożądaniem wszystkiego, kto najprostsze zrozumie?
A to wszystko dokoła takie jasne jasnością,
Takie proste prostotą, takie czyste miłością.
A to wszystko dokoła takie najzwyczajniejsze,
Takie, że wziąć to w ręce i do serca przytulić.
Błogosławieństwo
Błogosławię dzień jasny który ciebie stworzył
Zanim ze świata wyszłaś na nasze rozstaje
Bym mógł wraz z tobą witać te świąteczne maje
I gołębia czułości w darze Bogu złożyć
Błogosławię godzinę w której cię szukałem
By znaleźć zagubioną w chwili nienazwanej
U stóp bramy dzielącej znane i nieznane
By wspólną drogę wybrać przez życie nietrwałe
Błogosławię tę miłość którą mnie obdarzasz
Kamień węgielny losu w tym świata obłędzie
Twe ciało wciąż wibruje pożądania przędzie
Nić na kokon jedwabny który przepoczwarza
Ciała stare na słowa anielskie by potem
Pod niebo wzlecieć razem z radosnym łopotem
XIII
Wielu boi się nocy, wielu boi się śmierci
Lecz o śmierci nie powie, bo śmierć nie jest dziś trendy.
W dobrym tonie jest dzisiaj śmierci nie zauważać,
Chyba że w telewizji – „ach, jak ona okrutna”
Potem napić się kawy, zjeść ciasteczko i usnąć.
Własna śmierć tkwi zepchnięta w lochy podświadomości.
Cierpliwa, swego czeka. Czasem głośniej coś powie,
Tak, by słyszał adresat. Głos dudniący z podziemia,
Lub z niebieskich zaświatów. Każdy wybrać sam może.
Śmierć umie być dowcipna. Sama z siebie się śmieje.
I uwagi nie zwraca na przerażenie ludzi,
Słuchających bezwiednie wynurzeń nieskończonych.
Śmierć umie być subtelna. Przynajmniej w obietnicach.
Mówi, że przyjdzie nocą, gdy nikt nie zauważy,
Weźmie swoje i pójdzie. Nawet pies nie zaszczeka.
Śmierć umie być łagodna. Za dłoń potrzyma zimną.
Powieki zamknie ciężkie, aby umarły został
Z ostatnim już obrazem na całą nieskończoność.
Śmierć z Bogiem jest w przyjaźni. I w zmowie pewnie także.
Mimo, że tylko służka, Bóg bez niej „żyć nie może”.
Ona mu każdą duszę do stóp tronu przyniesie.
Sen. Ten jest mniej okrutny, najwyżej trochę zmęczy.
I da temat do rozmów z psychoanalitykiem
Albo wróżką. Astrolog też ci wszystko wyjaśni.
Chyba że chcesz posłużyć się egipskim sennikiem.
Śpij spokojnie. Nie zawsze sen odpoczynkiem bywa,
To prawda, ale możesz z niego wyjść co najwyżej
Z bólem głowy lub zlany zimnym potem nicości.
Spać musisz. Tak jak umrzeć. Ale to kiedyś później.
Lekarstw na sen spokojny jeszcze dzisiaj nie mamy.
Lecz spokój po twojej śmierci to tylko twoja sprawa.
No i jeszcze samotność. Ta jest gorsza od śmierci
I snu najstraszniejszego, razem wziętych. Wbrew tobie
Wtedy wszystko. Więc każdy kamień, drzewo i człowiek.
Jeśliś nie jesteś samotny, to masz o pół mniej trwogi
W życiu , które ci dano. Jeszcze tylko spokojny
Sen i śmierć tak łagodna, jaką tylko wymarzysz.
Bo jak mówi Psalmista, ten kto się Boga boi,
Ten życia ani śmierci nigdy się nie przelęknie.
Są jednak nie wierzący w dzień gniewu, co ma nadejść,
Którym Tomasz z Celano straszy od lat ośmiuset,
A który wciąż mirażem dla wielu niźli groźbą,
Więc śpią spokojne wierząc, że tak będzie przez wieczność.
Dies irae?
W opozycji do Tomasza z Celano
Śpij spokojnie. Za oknami
Tylko Noc się kłóci z psami.
Gość zwyczajny między nami.
Nie bój się. I nie drżyj w trwodze.
Żaden Sędzia jeszcze w drodze
Nie jest. Lęk twój załagodzę.
Cisza. Spokój. Nikt nie woła.
Leżą zmarli w swoich dołach.
Żywi plenią się dokoła.
Albo leżą i nie wstają,
Bo wygodne łoża mają.
Tylko przez sen coś gadają.
Zagłuszają trąby sumień.
Czytać zwojów nikt nie umie.
Jak więc sądzić grzechów strumień?
Nawet Sędzia, choć rozkaże,
Ślepcom światła nie ukaże.
Zanurzone w nicość twarze.
Nie wyznają w swojej nędzy
Grzechów, kiedy im pieniędzy
Zbywa jako owcy przędzy.
Cóż obrońca. Temu biada.
Prawem włada? Święta Triada
Na obrońcę się nie nada.
Cóż powiedzieć? Zbaw mnie Panie?
Zbaw od czego? Słońce wstanie
I zapomnę swe wahanie.
Krzyż to tylko skrzyżowanie.
Dżizus zbawia na śniadanie.
Alem cierpiał, miły panie!
Nie wiem komu to potrzebne,
Ten trud, te kazania zgrzebne,
Te wołania tak podniebne.
On wybacza, więc cóż trwoga?
Sądy, kary i gniew Boga?
Niepotrzebna cnoty droga.
On Maryi grzechy zmazał
Nie będzie na moje zważał
Na śmierć wieczną mnie narażał
Czyżem owcą Jego stada?
Ja na jagnię się nie nadam,
Które chwałę Panu składa.
U stóp tronu, w prawej stronie,
Nie chce mi się stać w tym gronie,
Wyśpiewując na Syjonie.
Wierzyć? Bać się? Nie na dzisiaj,
Jest ta moda zgoła mnisia.
Ja nie wierzę. Tak jest dzisiaj.
A gdy kiedyś śmierć zapuka?
Do drzwi? Nie wiem. Niechaj szuka
Tych, co dla nich ta nauka.
„Błagam kornie bijąc czołem,
Z sercem, co się zda popiołem,
Wspomóż go nad śmierci dołem.
O dniu jęku, o dniu szlochu,
Kiedy z popielnego prochu
Człowiek winny na sąd stanie.
Oszczędź go, o dobry Boże,
Jezu nasz, i w zgonu porze
Daj mu wieczne spoczywanie”.
XIV
Góry to uniesienie duchowe matki Ziemi,
Jej czwarty stan skupienia. Na sprawach najważniejszych.
Zadumanie chmurami myśli nie zawsze prostych.
Zaśpiewanie pieśniami jasnymi jak dźwięk skrzypiec.
Wyrzeźbienie rzeźbami w wapieniu i granicie
Losu biednego ludu, kiedyś tu żyjącego.
Ozdobienie w ornament łemkowskich starych chałup.
Wywyższenie pod niebo ich Słowa mówionego,
Którym dziś tylko strumień do wiatru mówi cicho.
Góry to wyniesienie nad płaskość naszych myśli,
Które rzadko umieją oderwać się od ziemi.
Mieszkając na nizinach, rzadko w górę patrzymy,
To, co naprzeciw oczu, często jest tym jedynym,
Co wystarcza do życia, co do życia porywa.
Góry to uniesienie wzroku i naszej duszy
Do modlitwy, do lotu w nieskończoność dostępną.
XV
Tysiąc owiec na hali, jak biała żywa plama,
Kształty swe zmieniająca, to kwadrat, to elipsa,
Niesie w sobie zapowiedź wieczornego udoju
Albo jest parabolą ewangelicznych zdarzeń.
Jak z przeszłości odległej obraz ten przeniesiony
W dzisiaj, pełne techniki i wątpliwości myśli,
Przynosi w sobie spokój biblijnego przesłania,
Z pastwisk, na których pasał Dobry Pasterz swą trzodę.
Zamyślenie w zieleni łąki porastającej
Jest łagodne i bliskie zamyśleniu Franciszka,
Który, gdzieś tam w Asyżu, z każdym kwiatem się bratał
I na którego dłonie ptaki pić zlatywały.
Witam słońce nad lasem, witam księżyc nad polem,
Dzisiaj tak zjednoczone, jak dwie strony monety.
Jedna strona dla Boga a druga dla cesarza.
We mnie oba odbicia równoprawne i ważne.
Góry wrosły tak we mnie, że z płucami i ręką
Są dziś częścią całości i sprawiają, że żyję.
Ziołem hale porosłe wzrok łagodzą, a obraz
Świata wtedy jest jasny i wyraźny zarazem.
XVI
Niebo i ziemia
tuż obok miejsca w którym niebo
sączyło soki ziemi zespalając
cudowne z materialnym
poznawałem pierwsze dni
łany zbóż falowały po horyzont
tam przechodziły w obłoczne niebo
i wracały przemienione nad moją głowę
od początku wiedziałem że tam
ziemia i niebo stanowią jedno
że umierający ludzie odchodzą poprzez zboża
do miejsca wniebowstąpienia
i jednym krokiem przekraczają próg
niższy niż w sieni dziadka
i są w niebie
jak było nie wierzyć że anioły czuwały
nad każdym moim krokiem po wąskiej kładce
skoro tak blisko było ich mieszkanie
a cmentarz dotykał go krzyżami
po latach szedłem przez pola porośnięte
pszenicą jęczmieniem prosem
chmury nad głową opierały się
na niezliczonych łodygach
a polna droga do kościoła sprzed lat
kończy w obłoku dzwonnicy
zobaczyłem to co zapomniałem
zachodziło słońce za plecami
patrzyłem na wschód
kiedyś tam pójdę
Na piasku cel wyznaczam, ryby malując symbol,
Na piasku, który fala łagodna zaraz zmyje,
Śladu nie zostawiając. A burza tuż za progiem.
A jednak cel nazwany w pamięci ślad zostawia,
Niezależnie od wiatru i wody kołysania.
I trwa przeciw wszystkiemu, jeśli jest wola taka,
Wola silna człowieka przez wiarę wspieranego.
Każdego dnia dwukrotnie rozmawiam z Panem Bogiem,
Czasami na lunch także wpadam do Jego Nieba.
Mówimy o najprostszych sprawach nas dotyczących,
Jakaś miłość i zdrowie, i wiara, i nadzieja
Na dzień kolejny, w którym pewnie znów pogadamy.
Wszystko jest w tych rozmowach proste i oczywiste,
Odwykam od problemów, bo one są maleńkie.
Nawet jeśli zabłysną, jak stary meteoryt,
Szybko gasną na drodze między Niebem a Ziemią.
Niebo daje patrzenie czyste i wyraziste
Na sprawy nasze zwykłe i na problemy świata.
W nim impresjonizm myśli jest przybliżaniem Boga,
A słowa Heisenberga świadczą, że jest Absolut,
Ale go ludzką dłonią nigdy nie uchwycimy
Pytania przy zamykaniu drzwi
Co zostawiasz za sobą kiedy drzwi zamykasz
Tego świata którego byłeś tylko gościem
Powiedziałeś mu żegnaj wychodząc z godnością
Czy jak złodziej uciekasz zaciskając usta
Czy zostawiasz mu słowa które owocują
Wiarą w ludzi miłością nadziei okruchem
Czy krzyk po tobie słychać tępy poprzez ściany
Rozpaczy albo złości kamień wyrzucony
Co zostawiasz za drzwiami do twojego świata
W którym miałeś samochód krzesło stół i łóżko
Jakiś zrobił użytek ze sprzętów ci danych
Rzeczy z pozoru prostych jak twoje istnienie
Stół służy do jedzenia i pisania wierszy
Łóżko służy do spania i dzieci rodzenia
Krzesło łączy zadumę z ziemi przyciąganiem
Samochód jest ucieczką przed szybkim spełnieniem
Czy tam nie zapomniałeś o istocie rzeczy
O tej wiedzy do której byłeś przyuczony
Słowami twojej Matki i którąś powinien
Trzymać jak talent w dłoni by więcej rozumieć
Czy może zamiast siedzieć z myślami przy stole
Nie zamarzyłeś kiedyś by stołów mieć więcej
I pobiegłeś w pośpiechu niegodnym poety
Co zostawiasz za sobą kiedy drzwi zamykasz
Czy spełniłeś nadzieje z którymi przyszedłeś
