sobota, 29 kwietnia 2023

Ziemia czerwona. Poemat

 

 

 Ziemia czerwona

 

Prolog 

 

Góry są wciąż te same, a tylko ja odszedłem

I wielu innych po mnie. Cóż, że urosły drzewa

I któreś pokolenie ptaków w nich wije gniazda?

Wiosny kolejne suną w dół strumieniami wody,

A pola zarastają zielskiem kłującym stopy.

Czasami idę, jakbym szukał czasu, co minął,

Za górę mych narodzin. Tam odszedł, przepadł w dali.

Zabrał ze sobą Boga, którego nikt nie widział 

Od czasu narodzenia, więc smutku nie zostawił.

Bez Boga ludzie żyli, wydarci jak w porębie,

W ziemi obcego Słowa, zimnej i niematczynej. 

Co po nich pozostanie? Jakiś kopczyk na wzgórzu?

Kiedy nie znając Boga milcząco odchodzili,

Nie wpisał ich w tę ziemię żaden wyraz. Krzyż tylko

Przez chwilę będzie świadczył, jak byli niepiśmienni,

A potem w mrok zapadnie pamięć już wyczyszczona.

 

Góry moje

 

góry czerwone żelazem ziemio mej wyobraźni

zrodzonej wśród nietoperzy i sów milczących lotów

gdy ludzie byli wilkami dla wilków i swych braci

a zapach się mieszał trupi z wonią łąki zieloną

 

chmury przydają wam skrzydeł byście w symbol wzleciały

roję bo przecież zwyczajność o żer codzienny woła

mając w swych trzewiach smród śmierci balast tak niewygodny

już nigdy nad kiczowatość piękna się nie wzniesiecie

 

wspomnień dziecięcość różowa oleodruk pamięci

nie kryje krwawych widoków zupełnie nie pasują

sielankę może zakłócić mordowane marzenie

to że pięknem się cieszę gdy sowy z łowów wracają

na głos mnie głuchym nie czyni zduszony w waszym wnętrzu

miłości krzyczącej ratunku do tych co pozostali

 

 

Brnę przez Ziemię Czerwoną, zagon ktoś odkrył długi.

Jest jak plaster nasiąkły potem krwawym pokoleń,

Czerwień ziemi to rzadkość w naszym kraju jałowym,

Gdzie krwią ziemię barwiono, by żyźniejszą uczynić,

Pokoleniom następnym bardziej drogą i plenną.

 

Odchodzimy w milczeniu, przerażeni, samotni,

Czasem coś zabulgocze w gardle jak pożegnanie,

Ale nikt nie zrozumie. Naród tak niepiśmienny,

Że w migowym języku zna jedynie pojęcia

Z tych najprostszych najprostsze, by nie umrzeć lecz nie żyć.

Jak najwyższe wyrazić, co i słowu umyka, 

Kiedy grymasy twarzy, ruchy palców i jęki

To absolutnie mało, by wyrazić Absolut?

 

Więc kiedy czas odchodził, zabrał Boga ze sobą,

By w samotności nie trwał, jak w stajni bez pasterzy,

Bez mędrców i bez bydła, cóż, że Matka nuciła,

Kiedy on już dorosły być powinien dla ludzi,

A ci jedynie mogli dziecku śpiewać lululi.

 

Ja też stamtąd odszedłem. Na zielonych pastwiskach

Stoję jeszcze niepewny i kierunku, i stada.

Słucham, ciszę zamykam, jak perłę w głębi siebie,

Słowa próbuję łowić z wiatru, z Boga i z czasu.

 

I

 

Kiedyś wróci czas przeszły i ten, który z nim odszedł,

Wyrzucony z pamięci nieprzyjaznego domu.

Przyjdzie cicho jak złodziej o nieznanej godzinie,

Czuwającym bez światła nici ścieżek pozmienia,

Ściany domów podmyje, dachy zrzuci w nurt rzeki,

Krzyk zagubi w ciemnościach, ucztujących rozpędzi

I pieczęcie przyłoży na zatrzaśnięte bramy.

Będzie lampą dla wiernych i światłem na ich ścieżce,

Jak napisał widzący, przewidując na przyszłość

Tego, co nas pochwyci, aby unieść w niebiosa.

Ten powróci, którego wykpiliśmy w swych słowach,

Obdarliśmy w obrazach z ostatniego tiszerta,

Wyśmialiśmy w rozmowach kulturalnych do szpiku

Kości. 

A one mogą znakiem być niepamięci,

Wyrzucone wraz z ziemią pod kwietniki na skwerach.

Kiedy z pieczą zbierane dla pamięci pokoleń,

Tego czasu, co odszedł, tego, który powróci,

Będą skałą, na której zbudujemy tożsamość.

Kości mogą zaświadczyć naszej dociekliwości,

Kiedy w każdym szczególe rozważymy minione,

Ale to co bezkostne, ujdzie naszej uwadze,

Jakaś miłość umarła, która trwa wciąż w niebiosach, 

Jakaś dusza, o której napisali doktorzy

Ciała albo Kościoła, jakieś Słowo na skórze.

Kości nie umierają, trwają przez pokolenia,

Są wyrzutem sumienia albo darem pamięci,

Są stelażem budowy od nowa tożsamości,

Na którym czas miniony jak wiatr zostawia ślady,

Ducha porywem wielkim, spoiwem trwałym dziejów.

Będzie jak w czasie, w którym zadania rozpisano

I nadeszło dla wielu czasu rozsupływanie,

Nim go przyobleczono w szaty nieskończoności.

Ale nadejdzie także w zamieci pustoszenia 

Świątyń i ludzkich sumień. 

Kto czyta, niech pomyśli,

By nie czytał zbyt wiele, lub wyrzucił z pamięci

To, co wyrzucić winien, by pozostać niewinnym.

Bo kiedy czas się spełni, zło się ujawni, które

Obok żyło łagodne, kiedy czasu nie było,

Zło, które oswojone wydało się i niegroźne,

Jak wilk w domu głaskany niby mały pekińczyk. 

Przywykliśmy do niego, stając się bardziej dzicy

W myślach swoich i czynach, choć tacy kulturalni, 

Obłaskawieni przez to, co chcieliśmy okiełznać.

Jakże miło móc wilka połaskotać pod mordą,

I po szyi pogłaskać, zanim nam dłoń odgryzie,

Kiedy czas znowu przyjdzie, niespodzianie jak złodziej.

 

Tajemnica

 

W każdym życiu jest tajemnica

ledwo uchwytna zmysłami

czasem krzycząca otwartymi ustami

za plecami jej właściciela

 

chyboczący na wietrze mam poczucie czasu

pomiędzy liśćmi palcami małe obrączki oświadczeń

oswajania woli niesfornej wiążą mnie w tajemnicy

zdarzeń codziennych samotnych wyborów pomiędzy

już wybranym dokonuję nieustannie

obietnicą wolnego wyboru skuszony do życia

przeznaczeniem utrzymywany przy życiu

 

w każdym życiu są tajemnice

zamknięte w człowieku jak w klatce

nie mówmy nie piszmy nie śpiewajmy

nie zdradzajmy myśli o przeznaczeniu

myśli tajemnicy naszej

 

 

II

 

Dobrze jest czasem odejść, zagłębić się w spokoju,

Zasłuchać się w rytm serca, popatrzeć w głąb swej duszy.

Dobrze jest choć na chwilę uwierzyć, że jest cisza,

W której sprawy codzienne umierają bez słowa.

Dobrze jest móc usłyszeć głos, który jest tak cichy,

Że tylko spokój serca ma więcej decybeli.

Głos, którym Duch przemawia w czystości twoich myśli.

Jest miejsce, skąd na wszystko patrzysz nieco inaczej.

Z wyżyny, która czyni sprawy duże małymi,

Właściwą daje wielkość myślom, rzeczom i ludziom,

Śmieszny albo tragiczny widzisz spraw tam porządek.

Wywrócone pomniki, kiedyś głoszące chwałę, 

Strzępy kartek, na których ktoś spisywał idee,

Które dziś zbiorem liter zżółkłych czasem jedynie,

Zaśmiecają podłogi tak jak liście jesienią,

Postrzępione sztandary, błotem i śliną brudne,

Duma ludzi tak dumna, dziś na klęczkach w pokorze,

Piękno, które nietrwałe niby ciało kobiece,

Albo siła kruszona w kleszczach czasu jak orzech.

Widzisz także wyraźnie, jak niewolono ducha,

Który nad wody wzlatał, a teraz w złotej klatce

Tłucze skrzydłem o ściany, skomląc o lot swobodny.

Starzy księża zamarli na stałe w swych kościołach,

W konfesjonały wrośli, przed życiem uciekając,

Jakby nie byli pewni grzechów swoich wykazu.

Klasztornym otoczyli murem, to co zostało

Po krucjatach i mękach, po grzechów przebaczeniu,

Klauzurowym zamysłem na myśli zagubienie.

Siedząc na wzgórzu, które przez wieki wypiętrzane,

Czujesz puls Ziemi wewnątrz, myśli umarłych ludzi.

Jesteś maleńkim żukiem, który swą kulę wtoczył

Na szczyt i teraz patrzy z radością, jak w dół spada.

Być częścią matki ziemi, czerwonej jak dar życia,

Błogosławieństwem twoim i dumy jest przyczyną.

Na chwilę zapominasz, że zejdziesz kiedyś z góry

I nurt cię życia wessie gwałtowny swym żelazem. 

Technika odczłowiecza, nad chmury nas wynosi,

Drwiąc z ciążenia i cel swój kładąc na progu Nieba.

Gdy człowiek windą wjedzie na piętro sto czterdzieste,

Jego ciało i rozum sadowią się na tronie.

Nie u stóp Najwyższego, lecz na Najwyższym piętrze.

Z wysokości myślenia chciałoby się zobaczyć

Miłość czystą jak wiosna, spowitą w słowa wiersza

Najlepszego poety, ubraną w jedwab pędzla

Genialnego malarza, w dłoniach czułych trzymaną.

A pozostaje zdjęcie konstrukcji, która rośnie,

I od ziemi odrywa, która uczyła chodzić.

 

Kościół

 

Rozciągnięte ścieżkami wśród pól

rozwleczone za pługiem bruzdami

wciąż kiełkuje jak wiosenny ból

miejsce które w ciszy władnie nami

 

i urasta w tajemnicy łąk

pól ofiarnych gdy droga nieznana

tam powstrzyma ruch szalony rąk

ten którego twarz w miejsce wpisana

 

w zamroczeniu sen jakowy śnię

gdy przychodzą do mnie z darem łaski

widząc trwogę gdy kłos chwieje się

myśl na wietrze na wodzie odblaski

 

tam podnoszę ponad ziemię gest

by w kamienie wpisał się na wieki

bom drobiną w trzewi czasu jest

lecz w tym miejscu na zawsze człowiekiem

 

choć go nie ma na arkuszach map

pochowane po ludzi zakątkach

trwa to miejsce wśród codziennych spraw

piękne świętem jak czerwcowa łąka

 

 

III

 

Jestem w mym świecie widzem i stwórcą jednocześnie,

Miotając się przez sceny, główną rolę wyrywam

Z dni codziennych, składając filmy jak one zmienne,

Trwam w stop klatce wieczności niby stały element. 

Ja, mały okruch życia, płaskość wpętlona w bryłę,

Od początku do końca niosę lampkę istnienia,

Przedział czasu rozjaśniam, dany kiedyś na kredyt

Słowem pieczętowany, że powrócę, gdy trzeba

Będzie świecę już zdmuchnąć. 

Z małej górskiej osady 

Zbudowanej przez obcych, by się mogło wypełnić

W niej moje narodzenie, płacz małego człowieka

Poszybował nad góry. I już w górach pozostał.

Płacz matki i radosne, pierwsze westchnienie ojca,

Wódka stała na zdrowie, wódka dla dezynfekcji.

Trochę dalej górnicy zjeżdżali w mrok kopalni,

Ślusarze metal maszyn wypieszczali kobieco,

A Niemcom zabierano heimat i piękne domy,

W których pruski porządek zabito polską biedą

I kresowym dziadostwem.

Zgwałcone Niemki szyły

Dzieciom w łonach wyprawki, przysięgając ze łzami,

Że nie zdradzą, kto ojcem, by na zawsze wymazać

To czasu uwikłanie z dzieci i swej pamięci.

Młode Polki rodziły nadzieję swej przyszłości,

Śmieją się do niej jasno z nielicznych fotografii,

Ubrane w ręcznie szyte i w hafty strojne suknie,

Przywiezione ze wschodu, gdzie dla nich zaszło słońce.

Było biednie i zimno, głodno i trochę strasznie.

Gdy dziś oczy zamykam, przychodzą te dni mroźne,

Gdy zaczynałem życie, mały okruch miłości,

Kosmosu oddech, Boga, przytulony do Mamy,

Z Wielką Sową nad głową.

„Lulajże maleńki mój aniołeczku,

Utulże swój nosek w miękkim łóżeczku 

Niech twoja głowusia śliczne sny rodzi,

Niech twoja mamusia szczęśliwa chodzi.

Niech świat ten okrutny swoje ciężary,

Nałoży na ciebie gdy będziesz stary.

A teraz w mych dłoniach wysłuchaj baśni 

I szybko szybciutko spokojnie zaśnij.”

 

Mama

 

Moja Mama jest moim pierwszym własnym Słowem,

Moim pierwszym uśmiechem i  pierwszym spojrzeniem,

Jest pierwszym ciepłem, w które wtulałem swą głowę

I pierwszym ciała mego głodu ukojeniem.

 

Moja Mama jest dla mnie mą pierwszą radością,

Moim pierwszym rozstaniem i pierwszym powrotem,

Jest moją pierwszą wielką świadomą miłością,

Wzorcem dla tych miłości które przyszły potem.

 

Moja Mama jest dla mnie  przyszłości  nadzieją,

Zaczerpniętą ze świętych wzorców Świętej Księgi,

Jest wiarą w sprawiedliwość, choć głupi się śmieją,

Tej Bożej niewidocznej dla wielu  potęgi.

 

Moja Mama przychodzi z każdym nowym świtem,

Popatrzeć na sny moje i na moje myśli,

Sprawdzić czy się zgoiły kolana rozbite

I czym czegoś głupiego w życiu nie wymyślił.

 

Cicho stuka po schodach jej pątnicza laska,

Którą kiedyś  od swojej babci wziąć musiała,

W tej drodze, w której wspiera ją  Chrystusa łaska,

Wciąż jest większa, choć przecież jest już taka mała.

 

Tak być zacząłem. I jestem 

w całej swej cielesności,

Która jest, jaka jest, jedyna i niezmienna. 

Czy piękna? Święta?

A potem przyszło do mnie myślenie.

 

.. więc myślę

 

Zapomniałem o wielu sprawach

nie zapisywałem myśli które przychodziły

drobnymi kroczkami codziennych zdarzeń

jedno podobne drugiemu jak woda

w dwu szklankach dzień po dniu

choć niezbędne do życia duszy stworzonej z tęsknoty

Rozumu Największego za najmniejszym

 

nie zapisałem pieśni których nuty pierwsze

dołączono do skrzypu mojej kołyski

nie namalowałem zegara o pogiętej tarczy

mimo że czas przepływał mi przez palce

żal jest spóźnionym przechodniem dni moich

w ciemnościach przez które podążałem

 

jako ślepiec odnalazłem talent

muszę pomnożyć go nie znając trwogi o złodzieja i rdzę czasu

wydobyć na światło pokazać zazdrosnym

ale nade wszystko zadbać by zaświecił

blaskiem który w nim mieszka

od dnia stworzenia od pierwszego tchnienia

od momentu gdy zrozumiałem

powiedziałem Jestem

więc myślę

 

IV

 

Tam się urodziłem

 

Świat, na który przyszedłem w połowie wieku,

był pełen schludnych niemieckich domów,

polskiej mowy i wschodniego nieporządku.

 

Ochrzczony niemiecką wodą i słowem,

zostałem galicyjskim katolikiem w ciemnej dolinie

Gór Sowich, zamkniętej dla przyjezdnych ciasnotą dróg.

 

Tę ziemię hajmatowskiego edenu ptaki wybierały

kiedyś na miejsce odpoczynku i gniazd,

pośród dobrych, niemieckich ludzi, rajskich jabłoni,

dalekich od wojny za horyzontami ścian lasów.

 

Świat, na który przyszedłem w połowie wieku,

był o epokę starszy niż jego schludne domy,

z którymi nie można było wyjechać na wschód

lub na zachód bydlęcym wagonem.

 

Przyszedłem na świat w drodze, z którego wyjeżdżali

ci, którzy musieli, w którym pozostawali uciekinierzy.

 

Jedni przywozili ze sobą tęsknoty, urodzone za wschodem

słońca, drudzy zabierali ze sobą trwogę, w podręcznym tobołku

wywozili, ukrywali za słońcem zachodu,

by co dzień wstawała modlitwą i tęsknotą.

 

Wykarczowano ich, jak dęby, wyrwano,

czyniąc niemiecką neurode w polskiej Nowej Rudzie.

 

Zawinięty w poniemiecki łach, wtulony w Mamę

w otoczeniu biednego szabru, powróciłem

bydlęcym wagonem do grobów moich przodków,

na wschód biedy, małych zagonów i chałup.

 

W czasie moich narodzin strumienie spływały z gór,

jak dzisiaj niosąc życie ryb, ptaków i ludzi.

Omywały kamienie, niby stopy apostołów zbrużdżone

na drogach Galilei, głosiły prawdy najprostsze,

niesłyszalne i niewidzialne, jak wtedy

gdy Chrystus mówił o braterstwie ludzi.

 

Nienawiść długo umierała, jeszcze dzisiaj

przemyka jej cień po górach, brzmi złowieszczo

w porywach wiatru. Polskie dzieci niemieckich matek

wraz z niemieckimi dziećmi, powracają na wschód, gdzie słońce

świeciło nad ich utraconym dzieciństwem.

 

 

Ich tęsknota jest zakurzona jak stare zdjęcia,

nie budzi emocji, obleczona w ciekawość. Oni z zachodu

na wschód, ja ze wschodu na zachód, wracamy

by patrzeć na czas narodzin, na strumienie,

w których nie pływaliśmy, na lasy,

których nie zmierzyliśmy, na nasze góry marzeń

 

Nikt nas nie pamięta, dolina żyje swym zagubionym życiem,

nad pustą kopalnią, czystym strumieniem,

ludzkimi prochami wymieszanymi w przewidywaniu

pokoju dnia ostatniego

 

 

Długo mówiłem, że urodziłem się na Zachodzie,

Nie znając kontekstu tych paru słów.

Zachód to było miejsce, gdzie żyje się lepiej,

O którym marzą wszyscy urodzeni w Galicji.

Tam spełniały się marzenia, snute w Glinkach,

Wyklepywane w Sadkowej Górze,

Wypracowywane w fabryce w Mielcu.

Tam były inne pieniądze, bardziej zielone i bogate.

 

W miejscowości pod Wielką Sową

Zostałem zapisany w księgi państwa i kościoła.

Moi rodzice przyjechali na nieznane ziemie,

By zarejestrować narodziny człowieka bez ziemi.

Nikt im nie doradzał, gdzie stawiać nogi,

Jak się ubierać, co jeść, jak mówić.

Byli prostymi ludźmi umiejącymi czytać.

Młodzi poszukiwacze swojego miejsca,

Odkrywcy nieznanych lądów i ludzi.

 

Tata

 

Mój Tata wyrzeźbiony jest w lipowym drewnie

Które drzewem wyrosło przed laty nad Rzeką

Gdy był chłopcem i w cieniu którego zapewnie

Z letnim skwarem zasypiał pod pszczelą opieką

 

Pewnie wtedy nie wiedział że każdego lata

Lipa dla niego grubła miąższu nowym słojem

By gdy razem dorosną w niepewności świata

Mógł z jej drewna urodzić urojenia swoje  

 

Już wtedy gdy pasł krowy w znalezione drewno

Usiłował wczarować dnia zwykłego znaki

Kowali i żniwiarzy i bajkę z królewną

Miodne pszczoły i z nieba kolorowe ptaki

 

Mój Tata ulepiony jest z wosku i z miodu

Wybranego z tych uli które kiedyś zrobił 

Dla pszczół z lipy młodości pilnujących brodu

Rzeki do której przejścia w domu się sposobił

 

Gdy odszedł to na zawsze jakby Styks przepłynął

Zabrał ze sobą kozik i pszczoły i wiarę

I wspomnienia o przodkach o czasie co minął

I jedną raz na zawsze wyznaczoną miarę

 

I żył dom wybudował  drzew zasadził wiele

Synów wielu zostawił świadków swej pamięci

I odszedł z krzyżem z lipy na zmęczonym ciele

Drogą którą do nieba szli lipowi święci

 

Ojciec odkrywał tam siebie, swoje możliwości,

Wzrastające w nim z dala od matki i od ojca.

Niewypowiedziane, przeczute. Stawał się.

Z chłopa robotnikiem. Z nikogo, sobą. Kimś.

Fachowcem. Umiał więcej, niż orać i karmić bydło.

To nobilitowało go w swoich oczach. Uświęcało.

Uciekał. Nie powiedział nigdy od czego, od kogo.

Uciekał od przeżytego czasu, od wojny,

Od braku matki i ojca, od zatęchłości wsi,

Bandyckiego czasu, gdy nie wiadomo było

Co dobre, co złe, kto przyjaciel, kto wróg.

Wrocław, morze ruin, młody chłopak z karabinem,

Który nie został żołnierzem, ale szedł na Zachód

W ślad za wojskiem. Z Wrocławia znowu uciekł.

Na koniec świata, w Góry Sowie. Gdzie mieszkał

Przez dwa lata, nie opowiedział. Potem poznał Annę.

 

Szli na zachód osadnicy z nadziejami do spełnienia,

W rękach nieśli głód Galicji, stopy w dziury zawinięte,

Rozmawiali szeptem chłopskim, oczy mieli zapuchnięte,

Ludzka fala zagubiona, masa ludzi bez imienia.

Wielkie domy, piękne meble, ziemia żyzna czarnym chlebem,

Łatwe życie, pańskie życie  niewolnika można kupić,

Trochę zabrać, trochę ukraść, nieprzyjaciół można łupić,

Jak Janosik można zmniejszyć swoją rozpaczliwą biedę.

 

Gdy już mieli dość odkrywania nieznanych ziem,

Tajemniczych i bogatych, ale obcych

W mowie krajobrazu i mowie ludzi,

Gdy tęsknota dwudziestoletniej Anny

Do przeraźliwie biednej galicyjskiej ziemi,

Którą orało się jednym koniem i pazurami,

Zagłuszyła wszystkie tęsknoty i marzenia,

Zabrali ze sobą syna, pierzynę, kufel na piwo,

Młynek do kawy, której nie znali, stary rower,

Kryształ, widelec z monogramem i chochlę.

Wsiedli do bydlęcego wagonu i długo jechali

Do ziem, gdzie słońce zawsze wcześniej wschodzi.

Dlatego miało im być radośniej niż na Zachodzie.

Ojciec znowu uciekał, Matka wracała.

Do małej, biednej Sadkowej Góry.

Wsi mojego dzieciństwa.

 

Na Dolinie Jozafata

 

Matka mojej Matki żyła w podkarpackiej wsi.

Świat, jak drożdżowe ciasto z rodzynkami Żydów,

albo starozakonnym zakalcem. Biedny świat,

w którym litery były niezrozumiałymi znakami,

a Biblia nieczytanym zbiorem cudownych obrazów.

Na ścianie w jej drewnianym domu wisiały

obrazy Chrystusa i Maryi. Na piersiach

mieli wielkie krwawiące serca, jakby wyjęte

wprost z worków osierdziowych.

Babcia płakała nad Żydówką z synkiem na ręku,

zastrzelonymi przez policjanta w nadrzecznej kalwarii.

Przecież to też byli ludzie!!

To było jej odkrycie na miarę Ewangelii.

 

Drewniany dom był wypełniony zapachem oczekiwania.

Czekano na członków wielkiej rodziny, rozsianej

po wioskach i świecie. Na sąsiadów ku pomocy.

Na wrogów, którzy niespodzianie rozorzą miedzę i kraj.

Czekano na niedziele i święta.

Dni, w których Bóg i człowiek odpoczywali.

Czekano na śmierć, która do każdego zawita.

A nawet na zmartwychpowstanie, na czas po,

który nastąpi. I nikt się nie zastanawiał,

na co niebieskim duchom będą przydatne ziemskie ciała.

 

Codziennie o piątej rano Dziadek Józef śpiewał godzinki,

budząc cały dom. Nie pochodził z rodu Dawida, zwykły chłop,

Chrabąszcz zawzięty, ojciec trzech synów i pięciu córek.

Babka Helena modliła każdy fragment dnia,

doiła dwie krowy, żywicielki. Ze śmietany ubijała masło.

Wtedy śpiewała o Dolinie Jozafata, na której kiedyś

wszyscy się spotkamy. Ona i Dziadek, i ta Żydówka

z nad rzeki, i wnuki, i ten policjant, i ksiądz, a nawet może

jej mleczna krowa i kotka zwana Kocichą.

 

Dla niej ta Dolina była gdzieś za płaskością wsi,

może tam, skąd przyjeżdżali góralscy cieśle.

Smutny śpiew pulsował nadzieją z martwych powstania

i chyba życia lepszego niż doczesne.

Nie wiedziałem, czy śpiewała ku pamięci Dziadka Józefa,

który wcześniej umarł, ale nie zapytałem.

Potem umarły i Babcia, i Mama. I już nigdy

nie usłyszałem tej polskiej pieśni o żydowskiej dolinie,

w której będzie ostatecznie rozdzielone zło i dobro.

 

I nie zapamiętam jej słów. I nawet o niej zapomniałem.

Wróciła, kiedy patrzyłem na wapienne prostopadłościany

żydowskich grobów, w Dolinie Joszafat.

 

Tam, w tej Dolinie Wyroku, gdzie za słowami proroka

przekuto lemiesze na miecze, a sierpy na oszczepy,

a kto słaby, powiedział: „Jestem bohaterem”,

przypomniałem Matkę mojej Matki, śpiewającą

łagodnie o spotkaniu nad Cedronem.

 

Pomiędzy Ścianą Zachodnią Świątyni

a ścianą płaczu i nienawiści odgradzającą Betlejem,

wracałem myślami do tych pól pobielanych,

skąd moja Babka Helena

trzymając na postronku krowę i wszyscy, co z niej,

zmierzają do wrót Doliny.

 

Cichy pochód mojej pamięci, śpiewający psalmy

o życiu, które wciąż trwa.

I w którym ja wciąż jestem

wątpiącym obserwatorem.

 

Czy w tej dolinie rzeczywiście można oczekiwać

sprawiedliwości,

kiedy wypełniona jest po brzegi nienawiścią

i słowami proroka Joela o zemście?

 

Pytam i nie rozsądzam, choć chciałbym.

Jak Piłat.

 

Galicja od wieków niezmienna w swej biedzie,

Polskiej, ukraińskiej, żydowskiej, niemieckiej,

Witała nas czysta etnicznie, prawdziwe polska,

Prawdziwe katolicka i niezmiennie uboga.

Ostatni ocaleni Żydzi przemykali chyłkiem

Obok swych domów, zajętych przez obcych sąsiadów.

Uciekali od mniejszych do coraz większych miast,

Z Mielca do Rzeszowa, do Krakowa, do Warszawy,

Do Paryża, do Londynu, do Nowego Jorku,

Do Jerozolimy, matki wszystkich miast.

Ostatni Łemkowie na lichych furmankach

Dojeżdżali do Wielkich Jezior Mazurskich,

Przerażeni moczyli obolałe stopy w morskich otmętach.

Ostatni niemieccy osadnicy, sąsiedzi od stu lat,

Tęsknili za swoimi domami, patrząc poprzez Łabę,

Wycierając z krwi stopy zdarte długą ucieczką.

 

Galicja witała nas, wracających na osiołku biedy,

Z zachodu, gdzie nie było gwiazdy zarannej,

Ani pasterzy, którzy co rano pędzili krowy,

Śpiewając w drodze pieśni pasterskiej radości.

Daleki kościół w Borowej wydzwaniał na nasz powrót

Modlitwę ze swej wysokości, piaskowej górki.

Mama miała łzy w oczach, wracała z podróży

Pierwszej w życiu, nie licząc pielgrzymki

Do miejsca cudu na jakimś drzewie.

Teraz przywoziła swoje kobiece spełnienie, mnie,

Zawiniętego w niemieckie łachy, śpiącego.

Ojciec dźwigał toboły, a może pchał wózek

Z dobytkiem na początek naszego życia.

Doświadczony pracą w zburzonym Wrocławiu,

Łatwiej znajdował świat w jego skomplikowaniu.

Ślusarz w kopalni Barbara miał fach w ręku.

Na początku pięciolatki z chłopa robotnik.

Wychowany bez rodziców na brzegu Raby,

Na ojcowiźnie przodków od dwustu lat pojonej rzeką,

Ojcowizny pozbawiony przez ojca,

Który pierworodnemu synowi dał pierwszeństwo,

Jechał na Zachód, w nieznane,

A spotkał swoją żonę, moją matkę,

Aby się spełniło jego przeznaczenie ojca.

Teraz wracał do domu matki mojej matki,

Do rodzinnej wsi zabłoconej aż po dachy domów.

 

Był lipiec, środek lata, każda para rąk do żniwa.

Leżałem na snopku zboża, szmatka z cukrem,

Buzia pełna mleka, świerszcze usypiały.

Zioła dawały zdrowie, sąsiedzi pomoc.

Gościńcem wolno wracały krowy i fury ze zbożem.

Dziadek Józef o piątej rano miał kontakty z Bogiem.

Głośno śpiewał godzinki do Matki Bożej.

Na weselach grali muzykanci od ucha.

Tańczono oberki i polki, niedzielami

Zapijano siwuchą, przegryzano słoniną.
Patrzyłem coraz większymi oczami

Na dorastanie ciotki, która jest już babką,

Na wujka z falującymi włosami,

Na babcię, która urodziła ośmioro dzieci

I ischias powykręcał jej kości,

Na wciąż złego dziadka, nie lubiącego pracy,

Myślącego, że jest od polityki.

Stary kot, zawsze ten sam, zapamiętany.

Spokojna kobyła, ukochana dziadka Józefa.

Dwie krowy i lampa naftowa.

Cukierki po raz pierwszy otrzymane,

Którymi musiałem podzielić się z wujkami.

Wielka wierzba za stodołą z żarnami.

Ścięli ją pewnego lata, wielu ludzi.

Leżała na ziemi i wchodziłem na jej wierzchołek

Zobaczyć jedenaście mórg ziemi dziadka.

Dorastałem z dziadkami, rodzicami,

Wujkami, krowami, kurami, ziemniakami,

Drzewami i pokrzywami.

Zbierałem na łące, zwanej ugorkiem,

Wyschnięte krowie kupy i paliłem je

W ogniskach z pysznymi ziemniakami.

Tak naprawdę to tego wszystkiego

Nie było w mojej pamięci wtedy.

Nadeszło potem jak projekcja przeszłości.

 

Moja pamięć sięga chrzcin brata,

Niespodzianych odwiedzin drugiego dziadka,

Zawsze jakoś tajemniczego, ułana,

Z twarzą zeszpeconą rosyjską kulą.

 

Dziadkowie

 

siedzieli na nadrzecznych morgach

żyznych ciężkich jak chłopski los

Stanisław przypominał Hitlera

ten sam wąs ojcu dał na imię Adolf

 

nad łóżkiem szabla z pierwszej wojny

karabin roztrzaskał gdy brat zastrzelił

jego pierwszą żonę naładowany kiedyś

wypalił w rozbitym podniebieniu złota blacha

zniekształcona kulą twarz bałem się

 

kochał ziemię i pszczoły był twardy

pod rozgwieżdżonym niebem wiózł saniami

wnuka z pociągu przestrzeń była taka ogromna

a jego spokój tak kojącyi pierzyna jak piec

 

Józef przypominał Witosa ten sam wąs

był ludowcem i czytał gazety jego wnuk

jest ludowym starostą biblijnie nie lubił roli

to był dopust za bramą raju o którym marzył

 

agitował kto o tym pamięta prowadził dysputy

tylko wierna kobyłka rozumiała nieporządek

walczył w Alpach zwykły piechur nie wspominał

rzezi i strachu i że cieszył się na wojnę

 

odeszli

ziemia podzielona

prawie nie rodzi

wdowa

pachnie nimi

 

 

Tamten obraz zapisany w trzyletnim dziecku:

Okno i w jego tle dziadek, tajemniczy,

Nieznany, jak świat poza wsią.

Drugi obraz minionego świata,

Przeprowadzka z wiejskiej chałupy

Do miasta za tajemniczym półkolem świateł,

do Mielca.

Wyładowana meblami ciężarówka,

Owoce miejskiej pracy ojca.

W szoferce mama z bratem przy piersi,

Na pace ja, ojciec i dobytek.

Długie dwadzieścia kilometrów

Drogi do nowego świata.

Wielkie domy z kamienia,

Zamieszkałe przez chłopów,

Zamienionych w robotników.

 

Żywioł siódmy - dzieciństwo

 

W podziemiach rodzinnego domu tajemnice dzieciństwa
na zawsze ukryte przed dorastaniem do męskości
kaleczącej pluszowe misie gardzącej drewnianym samochodem

Hulajnogą zrobioną przez ojca koniem na biegunach  kołem
od starego roweru  odmierzaliśmy trotuary wąskich  uliczek
goniąc czas Jeszcze dudnią  w nich nasze kroki codziennie dłuższe
jakby buty nam rosły wciąż szybciej  lub ziemia stawała się zabawkowa
mniejsza w tajemnicy i wymiarze

Domy o pochylonych dachach wpadające po odrzwia w starość
drżały ze strachu o swe okna na świat pozbawiony telewizorów
gdy goniliśmy naszą młodość rudy koń przy dorożce drzemał
woźnica wzlatywał w niebo pijanym wzrokiem Gałczyńskiego
Ale o tym powiedziała Pani która znała poetów

Zaczarowany świat wschodził rannym słońcem nad ulicą
zawsze prowadzącą do domu w którym Mama
wyrzucała ze spodni kamienie kapsle kapiszony
I długo je tarła na tarze śpiewając niejazzowe pieśni

O zrywaniu kwiatów i mięty o rycerzu na wojnie ładnym
albo o losie swoim ciężkim w którym miałem jej kiedyś ulżyć
ale słowa nie dotrzymałem

Mówi się że było minęło uleciało  ptakami za góry
A może jednak pozostało głęboko w nas ukryło myśli
naszych dziecięcych zabawek

 

V

 

Bóg był maleńki, obejmowałem go rękami.

Zamykałem w dziecięcych dłoniach.

Był gładziutki jak pluszaczek, nieznany,

Z delikatną mordką do przytulania.

Mama straszyła mnie czasem Bogiem

Groźnym, karzącym za moje małe grzechy.

Ja trwałem w przekonaniu dobroci bożej

Starego kochanego dziadka z siwą brodą,

Jakiej nie doświadczyłem od swoich dziadków.

Gdy już umiałem czytać obrazy, spostrzegłem,

Że było dwóch Bogów, Stary i Młody.

Poznałem ich w drewnianym domu Babci.

Stary Bóg wisiał poważnie na ścianie,

Gładził długą siwą brodę i patrzył na mnie.

Młody Bóg miał czerwone serce i płakał.

 

Żywioł szósty - Chrystus

 

najłagodniejszy z proroków Żyd z matki  i człowiek

z Ojca Bóg w latach już chrystusowych na suchych drogach Judei
zostawił po sobie miłość do brata swego i wroga
i zydle które za młodu w warsztacie ciesielskim robił

spotkałem go przed emaus przypadkiem drogę krzyżując
z jego bo przecież dotychczas biegałem po górach dzikich
myślami go unikałem lecz dziś gdy lat mam pięćdziesiąt  
i trochę mądrości więcej i wiary więcej na życie
przyszedł w czas na spotkanie

popatrzył na mnie łagodnie słowami przywitał mówiłem
ustami twej zmarłej matki że drogi nasze się złączą
i siłą twoją i wiarą na drogach życia  splątanych będę
i przez  psalmisty dolinę pójdę przodem byś widział

w dniu zmartwychwstania zamienił swe ciało na chleb pszeniczny
cząstkę z  ostatniej wieczerzy  daje do próbowania
zostawił po sobie radość każdego nowego poranka
w którym się budzę do życia wraz z ptakiem i wielkim drzewem

 

Babcia mówiła, że to portrety jednego Boga,

Raz starszego, raz młodszego, jak moje zdjęcia.

Mówiłem do tego Starego Boga jak do dziadka.

Młodego się bałem, był jak mój ojciec, który

Pokazywał spracowane ręce, gdy wracał do domu.

Klęczałem na zimnej, glinianej polepie

I mówiłem do nieba, które było za bieloną powałą:

Ojcze nasz, który jesteś w niebie tak wysoko,

Że nie wolno mi tam wchodzić nawet w święto,

Świeć się imię Twoje jak lampa naftowa,

Wisząca nad drzwiami, która widzi ćmy lecące,

Przyjdź królestwo Twoje w piaskowych zamkach,

Które budujemy na brzegu małego Brnia,

Bądź wola Twoja, ostateczna jak rozkaz dziadka,

Jako w niebie tak i na ziemi i na jabłoni wysoko,

W piwnicy głęboko, na koniu szybko, na gościńcu,

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj,

Najlepiej z cukrem i śmietaną i podpłomyk

I odpuść nam nasze winy, gdy żałujemy,

Gdy wstydzimy się kłamstwa i kradzieży jajek,

Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom,

Którzy zadrapali nam kolano, zabrali jabłko

I nie wódź nas na pokuszenie, gdy chcemy

Podglądać naszą ciotkę, gdy się całuje,

Ale nas zbaw ode złego, które nachodzi nas,

Gdy śpimy wtuleni w wielką pierzynę

Pomiędzy mamą i tatą.

 

Pater Meus

 

Pamiętam dzień, gdy składano Cię do grobu.

Odchodziłeś, niosąc lipowy krzyż,

po tej drodze, którą w świąteczne popołudnia

chodzili do Nieba Twoi lipowi święci,

by wielbić Boga w wieczności.

 

Ja zostałem, i rzeka Twojego dzieciństwa,

z której wody chrzest Twój, i uświęcam pamięcią Twoje imię.

Palę znicze na grobie, gdzie pamięć o Tobie,

i zbudowałem, zamyślonemu nad naszym losem,

Frasobliwemu, najpiękniejszą kapliczkę w mieście.

Na Twoją pamięć i na powitanie Królestwa,

które przyjdzie.

 

Uczyłeś mnie całe życie i byłeś nauczycielem

dobrym, chociaż wtedy w to nie wierzyłem,

a nie byłem pojętnym uczniem. Chciałem rozbić

pytaniami tkankę codzienności, a drwiną podpierałem się

jak kulawy laską. Ale ostatecznie przyznałem Ci rację,

i wypełniam podpisaną metrykę, i żyję tak,

jak nauczałeś przykładem i słowem.

Na ziemi po Tobie buduję swój dom,

oczekując pokoju w domu Ojca.

 

Ciężko pracowałeś na chleb dla rodziny.

W Twoim prostym warsztacie długo w noc

świeciła się lampa, bym, z pomocą Bożą,

zapewnił chleb mojej rodzinie

i nie żebrał u innych łaski.

 

Wybacz wszystkie moje winy i zaniedbania,

których dopuściłem się wobec Ciebie,

wobec bliźnich i Boga, który w nich żyje,

kiedy już nie żywię urazy do moich wrogów,

a Twoi wrogowie umarli wraz z Tobą,

W dzisiejszym świecie, w którym tyle wodzi

na pokuszenie, którego już nie oglądałeś,

oparłem się złu. Wierzę, że z Twoją pomocą

Bóg wybawi nas od Złego.

 

Na Górze Oliwnej, gdzie dotykamy pamięci

najpiękniejszej z modlitw,

ja wspomniałem Ciebie.

Piłat Twojego życia,

zbrudzone dłonie składam

do modlitwy.

 

Kobiety domu Babci bały się obu bogów.

Może dlatego, że byli mężczyznami.

Szybko modliły się do Boga w dwóch osobach.

A potem długo i żarliwie mówiły modlitwy

Do Pani z Czerwonym Sercem.

Wisiała na ścianie,  jasnymi oczami

Wpatrywała się w Boga z Czerwonym Sercem.

Babcia mówiła. że to jej syn jedyny.

Jedyny, to taki jak ja byłem do urodzenia Ryśka.

Łaziły po niej muchy, ale ona kochała wszystkich.

Miała na imię Maryja, podobnie jak ciocia Mania.

I była tak samo dobra i zdrowa do pracy.

Zdrowaś Maryjo mówiły kobiety, ja zapamiętywałem,

Na zawsze Łaski´ś pełna i nie rozumiałem,

Pan z Tobą, też nie rozumiałem,

Błogosławiona´ś ty między niewiastami,

Moja mama to też niewiasta błogosławiona

Mówiła Babcia, gładząc mamę, gdy jej było niedobrze

I błogosławiony owoc żywota Twojego, tak jak ja

Byłem owocem żywota mojej mamy.

Modlitwa kobiet, życie kobiet, bogini kobiet,

Zrozumiała i rozumiejąca, ukochana,

W radości, jeszcze bardziej w smutku.

Przy majowej kapliczce, jeszcze stoi

W Sadkowej Górze niedaleko mostu,

Dla niej śpiewały pogodnymi wieczorami,

Na cześć Pani wiosek umajonych,

Na cześć Pani kobiet utrudzonych,

Na cześć Żony mężowi powolnej,

Na cześć Matki do rodzenia zdolnej.

Chwalcie łąki umajone, chwalcie doliny zielone,

Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki,

Chwalcie z nami Panią świata,

Jej dłoń nasza wieniec splata.

Płynęły nad polami wysokie tony,

Kobiece głosy splatały się w warkocz

Z dymem i z ptakami, płynęły nad łąką,

Srebrną kokardę krzyża wlokły za sobą,

Na zmiłowanie, na zmartwychwstanie nasze.

Kościół nawoływał świat z daleka,

Płynąc nad polami dźwiękiem dzwonów

Nad drzewami zawisłej dzwonnicy,

Jadąc z księdzem proboszczem

Karą bryczką na gumowych kołach.

Klękaliśmy, całowaliśmy księdza w rękę,

Dotykaliśmy wysłannika Pana Boga.

Prysznic kropidła oczyszczał lepiej

Od mycia w cebrzyku w ciepłej,

Zimnej wodzie przed niedzielą i świętem.

Szedłem do kościoła w Borowej przez pola Dziadka

Ścieżką wydeptaną tysiącem modlitw.

Mijałem w szczerych polach dwa domy:

Kilometr, dom, kilometr, dom, kilometr, kościół.

Pustelnicy mieszkali w tych domach,

Pustelnicy miłości do ziemi ojców,

Samotni na drodze do kościoła.

Na końcu drogi był mur cmentarza.

Małe zapadnięte groby, morwy słodkie,

Tablice z błędem ortograficznym,

Życie poskładane w magazynie śmierci,

Dolina Jozafata w małej wsi Borowa,

W której moi przodkowie czekali na mnie.

I czekają nadal z nadzieją, że przyjdę.

 

Morwy słodkie jedzone nad życia grobami,

Były dla mnie pomostem pomiędzy przodkami,

A moim apetytem, który był objawem,

Życia z nich poczętego, lecz także przejawem

Zupełnej bezczelności, jak stwierdziła ciotka.

I powiedziała jeszcze, że kara mnie spotka

Za moje ludożerstwo i za zasad braki

I że tak samo jak ich zjedzą mnie robaki.

 

Potem były nędzne domy drewniane, pożydowskie.

Ich mieszkankę zastrzelił granatowy policjant,

Gdy uciekała z dzieckiem zaroślami nad Wisłoką.

Dziecko też zastrzelił, słyszę do dziś jego głos.

Na jednym domu pisało: położna.

Na innych czas wypisywał nocami wspomnienia.

Na rogu rynku stała kuźnia, przed nią brudny koń,

Wóz, który zgubił koło opierał się na osi.

Poczta, z której przychodziły listy od drugiego dziadka

I wtedy tata był zły albo zamyślony. Potem już tylko:

 

Kościół stał na wzgórku, otoczony murem,

Przed nim organistówka, za nią duże drzewa,

Nad nią stara dzwonnica z poszarpanym sznurem

I krzyż, na którym siedział ptak i śpiewał.

Kościół boży na górze za bramą z żelaza,

Której sam bym nigdy otworzyć nie zdołał,

Którego, według Babci, nie zmoże zaraza

Ani szatan, chociażby wszystkie diabły zwołał.

Kościół ogromnie duży dla chłopca małego,

Z wielkim złotym ołtarzem i świętymi dwoma,

Którzy z kluczem i z mieczem patrzyli na niego,

Jakby chcieli go razem do Boga przekonać.

Muzyka była piękna jak boże istnienie,

Ludzie sercem śpiewali, to co każdy czuje,

Ja żyłem tą muzyką i miałem wrażenie,

Że co chwila pod niebo wraz z nią odlatuję.

Piękne mi pozostały z kościoła obrazy

Szopki boże jasełka i grób Pana pusty,

Wieniec pszenny, błagania o koniec zarazy,

Śluby piękne i smutne pogrzebowe chusty.

Tęsknię do tego czasu, do tego kościoła,

Zmalał dzisiaj i przycichł jakby się zestarzał.

Żałuję, że mnie dzisiaj jego głos nie woła,

Że Babcia już mi jego modlitw nie powtarza.

 

Droga z kościoła zamieniała się w szybką radość

Obiadu, który czekał, nie trzeba było powtarzać.

Niedzielne jedzenie inne od wszystkich,

Złapana i zabita na pieńku kura,

Ofiara soboty, zmartwychwstawała

W niedzielnym rosole, najbardziej zdrowym.

 

VI

 

Zielone

 

Łagodziła nastroje rozszerzała pory w skórze wyciągała
trucizny zjedzone  z proszkiem do pieczenia kruchych ciast
drożdże jedynie słuszne szły za nią krok w krok mimo tego
ekologicznej niewiary w cywilizację nie posiadała
zabrała ją matka boska

sok z aloesa na wszelkie dolegliwości dawała babcia
hodowała na parapetach małe sachary kaktusów
zbierała listki po łąkach  zamieniała na herbatki
kokakole jej czasów mali arabowie jedli podpłomyki

nie bała się bakterii i atomów w drutach ekologii zamyślona
nad swoją krową o anielskim mleku plotła wianki wnuczkom
śpiewały o jasieńku  i kasieńce  o samotności
po kanałach polnych żeglowali w  baliach glondolierzy
brudni i zieloni od glonów

 

Tatarak rósł wokół stawu na kształt szabel

Wołodyjowskiego pułku, gdy ruszał na wroga.

Wyrywaliśmy go z kuzynem naręczami.

Miał białe, słodkie kłącza, które smakowały

Inaczej niż warzywa, których wtedy nie było.

Nieśliśmy go pod dom Babci, aby był zielony

Jak nadzieja na dobry rok na polach i w oborze.

Białość domu pobielonego wapnem była kolorem

Najcenniejszym czystości i niewinności.

Białe ściany odbijały słońce, białe ściany pachniały,

Do snu tuliły jak pierzyna białego puchu,

Kontrastowały z brudnym brązem glinianej polepy,

Z dachem, wyzielenionym kępami mchu na dachówkach.

Procesja machała witkami brzozy,

Procesja wiodła Pana Boga przez pola,

Przez zagrody nasze, w których się powodzi,

Procesja pachniała kwiatami polnymi i brzozą.

Zawsze była pogoda kwitnąca młodą zielenią.

Na Świętego Jana na polach zapalały się ognie,

Nasadzone na długie kije płonące snopy słomy.

Oczyszczały i odpędzały złe moce nas trapiące,

Które ognia się nie bały jak ognia, bo z ognia były,

Ale ten ogień był święty w swoim pogaństwie,

Błogosławiony i radosny bliskim latem i żniwami.

Ognie dalekie od stodół pustych, ale już pewnych,

Że brzuchy ich zaowocują ziarnem ze snopów zboża,

Wytłuczonych cepem, albo wygniecionych walcami młockarni

Z pełnych kłosów. Przywieźli je woźnice wozami

Ubranymi w jakubową drabinę na dwa złamaną.

Nie sięgnie już nieba zaprzężona do pracy

Chłopskiej, jak dwie żydowskie chabety.

Budowałem z Dziadkiem stodołę, trzymałem

Deski, żelazne gwoździe wbijałem w belki,

Grube, tworzące szkielet stodoły, żywej istoty.

Wpadaliśmy z lubością w jej słomiane wnętrze,

Siedząc wysoko ponad klepiskiem patrzyliśmy

Na maszyny, wóz, pusty drugi sąsiek.

Złamała mi rękę, gdy w chwili uniesienia

Skoczyłem stos desek jeszcze nie przybitych.

 

Zagony

 

zaskibione aż po horyzont

z kropką wrony po każdej bruździe

jak otwarta księga

w żółci kłujących ściernisk

 

czyta ją człowiek i ptak

zraszając potem i deszczem

przerżnięta pługiem w połowie

dżdżownica podwaja swoje istnienie

 

są aby zniknęły w urodzaju

przyjmują ziarno by plon wydało

stokrotny albo trzydziestokrotny

są częścią przymierza

 

osełka sera osełka masła

osełka do ostrzenia kosy

lemiesz srebrem czysty

jasność ziemi

 

Wcześniej rząd żeńców z kosami, rycerze pól złocistych

I rząd kobiet, branek upadłego zboża.

Śmiech, śpiewy, żarty póki sił starczyło

W ramionach, w dłoniach, w nogach.

Kwaśne mleko na miedzy i nowe ziemniaki

Ze skwarkami jak gwiazdeczki na jasnym niebie.

Ostrzenie kos, podwinięte spódnice, jasne łydki,

Pot lecący do oczu, boży trud

I szeregi kopek idących powoli do stodoły

Na odpoczynek, jak żeńcy i ich kobiety.

 

Stogi

 

stoją pękate

jakby pochłonęły wszystkie igły świata

a wszystkie cerkiewne modlitwy

zabłądziły w ich kopuły błędne dusze

rozwleczonych pagórków

 

stoją kolorowe

umarłymi kolorami minionej wiosny

zmieszanie barw błogosławieństw

w szarości

 

mumie traw

statki do muczącej wieczności

krowiej mlecznej

zasuszone wypreparowane z życia

wiecznie żywe

 

pachną

wieczną wiosną odnowionym życiem

groby wiecznych z martwych powstań

 

Marynia, moja kuzynka, której mówiłem pani,

Bo zobaczyła ten świat pokolenie wcześniej,

Mieszkająca obok Brnia, daleko od gościńca,

Niosła wieniec dożynkowy z długimi wstęgami.

Kapela, skrzypki i klarnet, wywijała obertasy

A ludzie pili i bawili się za wszystkie czasy.

Odważnie patrzyli na idącą w oddali zimę,

Chociaż ziemia jesienna o ziarno wołała

I siano, a nie trawa, pachniało już krowom.

Obsychały powoli liście, trawy, dłonie,

Umierały ostatnie motyle, a bociany odlatywały.

Nad cmentarz w Borowej, nad groby,

Nad morwy bez liści i bez słodyczy

Nadlatywały duchy przodków.

Czyli kogo? – myślałem przez chwilę.

Nie było kolorowych zniczy,

Długie świece wyginały się w gorączce,

Jak porażeni śmiercią ludzie na końcu drogi.

Dzień zmarłych nie był tak uroczysty

Jak dzisiaj, gdy ludzie boją się śmierci.

Śmierć była wyzwoleniem z kajdan życia,

Czymś naturalnym jak urodziny dziecka.

Dziadek po śmierci leżał w domu,

W trumnie otoczonej gromnicami,

Które chroniły przez piorunami na co dzień

I oświetlały drogę do Boga po śmierci.

Za ścianą spali ludzie, płakały dzieci

Z bólem brzucha, ciężko żyć małemu.

Stare kobiety szeptały modlitwy zaduszne

 

I powoli nadchodziły Święta najświętsze,

Gdy Bóg się rodził, do ludzi przychodził,

 

Jasny taki, uśmiechnięty,

Poprzez matkę w ziemię wzięty,

Dobrodziej.

Anioły się zlatywały,

Na chałupie przysiadały,

Na co dzień.

Pastuszkowie od krów brudni,

Wyglądali w tym dniu cudnie,

Wieczorem.

Na fujarkach przygrywali,

Bosą nogą przytupali,

Z honorem.

Za turoniem biegły dzieci,

Diabeł im oczami świecił,

Krwawemi.

Śmierć ciągnęła swoją kosę,

Naznaczoną ludzi losem,

Na ziemi.

Biały anioł wraz z Judaszem,

Wyśpiewali nuty basem,

Od rana.

A za nimi trzej królowie,

Nieśli dary co się zowie,

Dla Pana.

 

Stół wigilijny rozkładano w pokoju

Zimnym przez całą zimę, z jednym piecem,

Wielką szafą, kufrem i stołem,

Dwoma łóżkami, w których nikt nie spał,

Chroniąc się przed zimnem w kuchni,

Której połowę zajmował wielki piec chlebowy.

Barszcz i pierogi z kapustą i serem,

Kapusta z grochem, ziemniaki,

Może ryba, której nie pamiętam,

Bób którego nie lubiłem,

Mając w pamięci biały groch

Z żyznych pól drugiego Dziadka.

Do lasu było daleko, gdzieś za Wisłą,

Czasami więc choinka nie przyszła.

Przychodzili za to kolędnicy z Judaszem i Piłatem,

Jakby się spóźnili na poprzednie święta.

Był i diabeł i turoń i gwiazda na kiju.

Czasem świeciła i obracała się

Jak sfera niebieska.

 

Sonet na Boże Narodzenie

 

Trzymam w dłoni igliwie młodości choinki

zapach stołu z wigilią jeszcze wierci w nosie

w pamięci nie ma śladu po zbędnym patosie

Matka wzrusza prostotą cieszą upominki

 

życie tkane przez lata w dzieciństwa osnowę

blaknie zmienia kolory kontury zaciera

milknie echo wysokie mego per aspera…

ku wigilijnej gwieździe odwracam znów głowę

 

do ciepła dni minionych do tej jednej chwili

gdy wszyscy byli razem i z opłatkiem w dłoni

swoje szczęście dla innych z radością dzielili

 

wracam teraz za gwiazdą która czar rozsiewa

słyszę jak gdzieś za oknem miedź szlachetnie dzwoni

i Ojciec niby kantor swe kolędy śpiewa

 

 

Potrzeba teatru odżywała w prostych ludziach,

Trochę śmiechu, może odrobina zadumy.

Wynagrodzenie zależne od wieku diabła,

Trochę sera albo trochę wódki, rzadko grosz.

Mróz rysował cudaczne kształty na szybach.

Wyzwalał dziecięcą wyobraźnię do wysp

Ciepłych mórz, dziwacznych stworów,

Wychowywał pokolenie czcicieli telewizji.

Dmuchałem w szybę ciepłym oddechem dziecka

I oko zaśnieżonego świata otwierało powiekę.

Krzywy płot, skulony pies przy stodole,

Wiszące ze studni sople podziemnej wody.

Nie było pantofli na zimno polepy.

Łóżko lub okręcone onucami stopy w butach,

Nuda zimy na wsi była przenikająca jak mróz.

Kobiety darły pierze, tłukły masło, doiły krowy,

Dzieci plątały się nikomu nie potrzebne,

Powoli dorastające do jakiś zajęć lub szkoły.

Wieczory przy lampie naftowej nie dawały uczyć,

Jasność lampy była ciemna i smrodliwa.

 

Dlatego gdy pewnej wiosny wkopano słupy

I powieszono druty, przyszła do Babci domu

Cywilizacja.

 

Zaczęła się niespodzianie

Od dnia, w którym zabłysła żarówka,

Powieszona na drucie u drewnianej powały.

Można ją było zaświecić bakelitowym włącznikiem,

Nazywanym, nie wiedzieć dlaczego, wyłącznikiem,

Choć włączał w Sadkowej Górze cywilizację.

Pewnie zawsze ważniejsza była oszczędność prądu

Od pożytków z jasności.

Kury nadal chodziły spać o zwykłej porze

Lecz nie stanowiło to już pretekstu dla Dziadka.

Zaczął wieczorem czytać gazetę i patrzeć,

Czy ciotka odrabia lekcje. To było teraz ważne.

Odwieczna hierarchia w przyrodzie została zakłócona.

Słońce, księżyc, pochodnia, zamieniono na

Słońce, żarówka, księżyc.

I od tej pory nic już nie miało pozostać

Zbyt długo na swoim starym miejscu.

 

Wiosna przychodziła niespodziewanie.

Zbyt byliśmy zmarznięci, aby dostrzec

Jej pierwsze jasne przebłyski.

Dopiero Święta Bożego Zmartwychpowstania,

Nazywane dość prostacko Wielkanocnymi,

Zapowiadały powrót życia i wiosnę .

Jaja gotowały się w łupinach cebuli,

Potem długo skrobałem z Mamą i Babcią

Kwiatuszki, kreski, kółeczka, co umiałem.

Kiełbasa, chleb, sól, dopełniały koszyk.

Wozy jechały z całej parafii paradne,

Bryczki plecione, wasągi, zwykłe fury.

Ciągnęły je konie parami i pojedynczo.

Kare, bułane, gniadosze, zwykłe szkapy.

Gospodarze podkręcali wąsa,

Dzieci piszczały, panienki zerkały,

Ksiądz machał z mocą kropidłem,

Nie żałował wody.

Czasami przyjeżdżał święcić do szkoły

Wtedy święcone smakowało mniej.

Niedziela wielkanocna przechodziła

Niespostrzeżenie bez radości kolęd.

W poniedziałek radość wylewała się

Ze studni na roześmiane głowy dziewczyn

Zaczynał się przednówek.

 

Niedziela Palmowa

 

Nie miałem w życiu tryumfalnego wjazdu.

Gdziekolwiek. Ba, nawet wejścia z aplauzem paru gapiów

oszczędził mi los. Widać nie zasłużyłem sobie.

A może jestem tak mało ciekawą osobą, że nawet osły

nie odwrócą głowy z nad żłobu, w którym owies.

 

Zasuszone kwiatki jesieni utkane na wierzbowej witce.

Nie zmartwychpowstaną. Nie popłynie sok przez ich kolory,

nie nasyci życia. Pastele, barwy jesieni i śmierci. Łagodne.

Łatwo przyswajalne. Poprzez oczy. Kojące.

 

Dziadka wóz zajeżdżał tryumfalnie na podwórze,

ciągnięty przez Kobyłę. Babcia trzymała w dłoniach palmę.

I nie była to palma pierwszeństwa. Zawsze za Dziadkiem i Kobyłą.

Ale Dobroć zawsze była pierwsza. I łagodny uśmiech.

Dzisiaj pamięć w ewangelicznej kolejności przypomina:

Babcia, Kobyła i Dziadek, który coraz bardziej nieistniejący.

 

Czy warto być pierwszym na tej ziemi? Czy warto oczekiwać

aplauzu gapiów? Tak szybko zapominają. Chętni ukamienować

pamięć. A jednak jest coś, co pozostaje.

To miłość. Jedni wiozą ją na osiołku, inni na wiejskiej furmance.

 

I pewnie nie widzą chwilowego zachwytu gawiedzi. Zapatrzeni

w przyszłość do przekształcenia na obraz i podobieństwo

tego, co ponad mody. Tego, który wciąż zmartwychpowstaje.

 

VII

 

Korowód Świętych

 

Świat czarno biały a na nim anioły

razem z wronami na lipie skulone

skrzydło przy skrzydle bo gdy anioł goły

nawet piekielne ciepło weźmie wronie

 

świat rozdzielony na dwoje rozdarty

z tej strony szaro jasność z drugiej strony

idzie prababcia kijkiem płoszy czarty

dla niej co zima czart ma postać wrony

 

ojca znajduję jak przez rzekę brodzi

z domu ucieka nieświadomy drogi

skręcone członki w bólu babcia chodzi

jak rosochaty konar końca drogi

 

jasnym obłokiem płyną myśli mamy

zwijają bóle w muśnięcia bandaży

jeszcze głos brata pozostaje z nami

jakby niepewny co mu się przydarzy

 

na brzegach świata przycupły anioły

stróże po ludziach których już tu nie ma

niepewne losu bo gdy anioł goły

każda go grypa do ziemi przyziemia

 

i tylko wrony niezmienne od zawsze

jak czarne myśli po głowie się snują

wuj Jan je tylko jak gołębie głaszcze

wszystko co żywe swym życiem szanując

 

ja także życie nad wszystko wywyższam

gdy coraz bliższy mego życia koniec

i nawet wrony kocham gdy się ziszcza

gdy po jesiennym snują się zagonie

 

Gościńcem szła powoli, podparta na laseczce,

Maleńka kobiecinka o plecach mocno zgiętych

Jak stolarski kątownik Boga, Stwórcy Wszystkiego.

Zamknięta w krzywym ciele, które tak wiele przeszło

Przez czas, który był zawsze pytaniem i odpowiedzią.

Karmiła kury, rodziła dzieci, gotowała strawę

I uśmiechała się do świata zawsze pogodna,

Mająca pod zapaską odpowiedź na pytania czasu,

Odwieczne, jak jej sposób na życie.

Matka mojej Babci zamykała drobnym krokiem

Koło swojego życia, zatoczone pomiędzy domami

Dzieci, które urodziła, mieszkającymi w okolicy.

Gliny, Glinki, Ostrówek, Sadkowa Góra, Gliny.

Kształtowała je przez dziewięćdziesiąt cztery

Lata swojego życia, znała każdy jej kamień

Może każdą mysz polną. Mówiła do niej, a do mnie:

Dzień dobry Andrzejku, ty jesteś Andziny,

Pamiętam, jak cię przywieźli do Sadkowej,

Chyba w pindziesiątym pirwszym roku,

Wtedym byłam na żniwach u Helci, to pamientom,

Teroz już nie pomogom, bo już dziesiąty krzyżyk

Nosze na tym moim garbie.

I patrzyła na mnie przechylając na bok głowę, uśmiechnięta,

A ja musiałem pochylać się, by widzieć jej oczy i słyszeć

Jej słowa, łagodne. Zapadały bardziej od rozkazów,

Gdzieś na dnie serca znajdowały miejsce

I zostały na zawsze nawet wtedy, gdy od ostatniej drogi

Po Ostatnim Kręgu zataczanym końcem zimy

Małymi stopami po zaśnieżonym gościńcu,

Którym pędziły już autobusy, ale nie dla niej,

Minęło trzydzieści kilka lat.

 

Droga przez życie do Boga,

Nieustanna wędrówka po Kręgach Życia,

Wciąż tak samo, a jednak coraz wyżej i wyżej.

Po co szła te dziesięć kilometrów zimą

Do syna, stareńka kobieta?

Żeby przeziębić się i cicho umrzeć?

 

Nie, to nie jest dobra odpowiedź

 

Wielki kamień

 

Zataczamy wielki kamień zostawiamy za sobą
sprawy zbyt nieporęczne jak krzyż lub przykazanie
odchodzimy z miejsca pytań o nasze wątpliwości i

trwogę biorąc jedynie to co łatwe do niesienia

Zataczamy wielkie koło to co było lekkie
czynimy ciężkim co było dobrem czynimy złem

Bezsilni drogą dochodzimy do grobu pytań
w którym odpowiedzi przywalone ciężarem niepamięci

czekają posłuchania
stoimy z prośbą bezgłośną pragnieniem Chrystusa
który kamieniem nam i krzyżem

 

 

VIII

 

Recykling

 

Wszystkie piękne rzeczy są na zawsze
nie niweczy ich to co brzydkie w człowieku
wpisane w duszę świata stanowią o nieprzemijaniu

świat nadmiaru przetwarza śmieci
fałszując rzeczywistość powszechnej brzydoty

ograniczeni kręgiem zegara
chcemy świadczyć o powrotach
rzeczy i spraw po zatoczeniu kyklos

ruch świata w swojej istocie nie jest  cykliczny
liniowość zdarzeń  jest istotą czasu
nic nie dzieje się dwa razy
tylko małe okienka otwierają się na chwilę
by niektórzy mogli ujrzeć fragment odwiecznej
pięknej duszy Wszystkiego

 

Dlaczego coś jest piękne? 

Nikt tego nie wyjaśni

W swoich zawiłych księgach, mowach w mądrości długich.

Bo pięknym jest budynek, krajobraz górski, strumień, 

Figura chmur na niebie, słowo, stół i telefon.

Piękną może być wiara, obrazy, frazy wiersza,

Dłonie i jeden palec, blond włosy i walizka.

Piękno to rzecz umowna, ma jednak wspólną cechę:

Jest rzadkie, nawet jeśli spełnia kryteria piękna,

Ustalone przez znawców, choć też niezwykle płynne.

Piękno zawsze pociąga, zachwyca, fascynuje,

Nie pozwala przechodzić obojętnym, gdy ono

Świat otwiera tajemny lub kołysze biodrami,

Tak, że zmysły w nas drgają, jak przy dźwiękach muzyki.

Piękno można za darmo kontemplować rozumem,

Ale można go kupić, aby dotknąć, powąchać, 

Mieć na własność, by zbrukać, zmysłów tryskając burzą.

Tak było przez stulecia. 

Ktoś pragnął naszyjnika,

Inny rzeźbę zamówił u Michała Anioła,

Inny jeszcze kupował do haremu kobiety.

Lecz w tych pięknach istniała swoista równowaga:

Równoprawność w tworzeniu piękna zespolonego,

Które świat czyni pięknym w całej swej złożoności.

I liczyło się zdanie znawców, którzy umieli

Cechy piękna określić i ocenić istnienie,

Jego wartość i ilość . 

Piękno ludzkiego ciała

Nad każde inne piękno zawsze było wznoszone.

Człowiek jest tworem Boga, jak Natura dokoła,

Miłość lub pożądanie podkreśla piękno ciała

I stawia je na czele w hierarchii piękna świata.

Reszta jest tylko kopią, nawet jeśli się kocha,

Pożąda, walczy o to. Wytwór ludzki rozumu

I rąk sprawnych, nic więcej. 

Piękno ludzkiego ciała

Bywało tajemnicą, zakrytą przez odzienie,

Przez to bardziej cenione, pożądane, tajemne. 

Wyobraźnia dawała dodatkowe podniety

W kreowaniu pięknego, co jest z prochu i ducha.

Nie dało się poprawiać w sposób istotny Boga,

Tylko drobne korekty, szminką, płótnem, fryzurą,

Choć także zmiana stopy, kształtu czaszki czy ucha,

Ciała na bardziej spasłe lub chude ascetycznie.

Chęć poprawiania Stwórcy była w ludziach od zawsze,

Jednak ubóstwo środków ograniczało czyny

Do podkreślania tego, co wcześniej stworzył Stwórca. 

O pięknym ciele marzą ludzie przez wszystkie czasy,

W zachwycie tak jak Narcyz trwając nad darem bogów

Lub kształtując na nowo, aby piękno wydobyć. 

Piękno to nienormalność na szarym polu życia, 

Kwiat wykwitły pośrodku obskurnego podwórka,

Piękno wpisane w kanon niby stalowy gorset

Rzadkim jest i wymaga korekty lub upiększeń.

Lecz ciało ma tę cechę, że pięknieje od ducha,

Nawet jeśli daleko mu do wzorca piękności,

Duch potrafi odmienić swoją ziemską powłokę, 

Uczynić ją powabną i godną pożądania.

Jednak w swej masie ciała są brzydkie lub tragiczne,

Gdy z ubrań je obedrzeć brutalnie tak jak w Auschwitz

Lub obnażyć gromadnie jak na plaży nudystów.

Odzierając z ubrania, niszczymy tajemnicę

Piękna, która człowieka pięknym czyniła, mimo

Jego szpetoty, przywar, wad cielesnych, głupoty.

Nagi człowiek na plaży osłonięty jest seksem,

Który umniejsza wady. 

Nagi człowiek przed śmiercią 

Jest zupełnie odkryty w swojej tragicznej prawdzie.

Strach wykrzywia mu rysy, albo Bóg je rozjaśnia

I odchodzi w brzydocie albo w aurze świętości. 

 

Ojciec


Mój ojciec bardzo lubił drewno
dotykał w drewnie tajemnicy
wyssanej z ziemi  w której leżą
rycerze święci i grzesznicy
Widział ich uwięzionych w drewnie
dłońmi próbował wyprowadzić
posadzić w cieple przy kominie
rozmowę  zacząć nieskończoną

Prosty nie wiedział że żywiołem
piątym jest drewno dla Chińczyka
nigdy go przecież nie zapytał
był wielkim  murem rozdzielony
Nie znał też chemii żeby wiedzieć
że z węgla  tlenu i wodoru
słoje zbudował ktoś dla niego
by dłutem wywiódł z nich marzenie

Wbrew całej wiedzy w  drewnie rzeźbił
czuł opuszkami jasne dusze
sadzał  je w lipy białe ciała
nocami wiedli swe rozmowy
I dnia pewnego gdy zostawił
za sobą świadków swej pamięci
z krzyżem lipowym odszedł cicho
tam gdzie lipowi poszli święci

 

IX

 

Jaką diagnozę życia wyda mi kiedyś doktor,

Który śmierci odbiera, gdy mu swe bóle wyznam?

Może to gościec myśli, zatwardzenie poglądów,

Rozwolnienie  idei, połykanych w dzieciństwie,

A może zwykły uwiąd życzliwości do świata.

Jaki obraz na końcu z tunelu się wyłoni

Gdy ja wciąż gorzej widzę, bo kontur rozmazany,

Jakby impresjonista podawał mi śniadanie

Lub Heisenberg określał dokładność mych poglądów.

 

Słowo, które od świata pierwszej chwili istniało,

Nie było częścią zdania, nie było częścią mowy,

Nie było częścią życia lub jego antytezą.

Nie było cichym jękiem ani okrzykiem triumfu.

Było wszystkim tym na raz i takie pozostało.

 

Słowa, które witają dnia każdego początek,

Są jak fałszywe perły na stole rozsypane.

Każde z nich samo w sobie posiada trochę światła.

Zręczną ręką złożone w naszyjnik, mogą zalśnić,

Mogą wzruszyć na chwilę, uroku przydać szyi,

Lecz rzadko tworzą wartość, o którą warto walczyć.

Mimo tego poeci słowa składają w wersy,

W zdania jak życie długie i płaskie jak naleśnik,

W książki – potwory nudy, których każdy unika,

A biblioteki proszą o niebozmiłowanie.

 

Słowa są dziś towarem, tym, który reklamują,

Wierszem, karmą dla kotów, żółtą prezerwatywą,

Łodzią podwodną albo spełnieniem wszystkich marzeń.

Słowa są do kupienia, słowa są do sprzedania,

Słowa są zawartością i są opakowaniem,

Są chwilą przyjemności, są też rozczarowaniem.

Czasem zabiją cicho. Bezkrwawo i bezkarnie.

Najbardziej upodlone są słowa polityków,

Przypominają dziwki, stojące przy ulicy,

Gotowe sprzedać siebie za obietnicę forsy.

Tu wszystko jest możliwe, każda słów kombinacja,

Każde słowa znaczenie, nawet wbrew Słowa woli,

Wbrew zasadom logiki, gdzie prawda jest nieprawdą,

A piękno może zostać najszpetniejszą brzydotą.

 

Dziś słowo jest jedynie obrazu dopełnieniem. 

Woli jego zaborczej posłuszne w słów doborze,

Słowa tracą tożsamość, tracą pierwotną siłę.

Skrybowie i drukarze zmarli dawno pośród liter,

Znaczonych gęsim piórem lub czcionką Gutenberga.

Pozostał po nich papier upstrzony czarnym tuszem

I myśli nieskończona głębia wśród starych znaków.

Wszystkie sprawy najbardziej dla ludzkości istotne

W rzędach liter zawarto, w słowach moc ich ukryto.

Niepotrzebny był obraz w wielkiej Biblii. Wystarczył

znak od Boga słowami w nią od wieków wpisany.

 

Duch zła podrzuca obraz uwielbienia człowieka,

Słowem gardząc. Wszak będziesz potężny jak bogowie,

Wyobraź sobie siebie równym Bogu, wszechmocnym!

Patrz, jak wielkim jest człowiek! 

Wszak jesteś tego warty!

Pozwól sobie na wszystko, wszak masz do tego prawo,

Twoje ludzkie, człowiecze, nie przez Boga ci dane,

Ale przez Wielki Rozum, inkwizytora Boga,

Który już niepotrzebny, znów będzie osądzony

I spłonie w ogniu kartek nikomu nieprzydatnych.

W seksualnie przyjemnej atmosferze nowego.

 

Pokolenie - psalm 90

 

Już coraz lżej dotykamy ziemi chociaż

Coraz ciężej stawiamy na niej stopy

W butach o podeszwach bardziej zdartych

Niemodny krój naszych myśli nie przystaje

Do trendów w filozofii i reklamie

A słowa nasze trafiają do lamusa

Jak niepotrzebny plon lat urodzaju

Potrafimy już liczyć dni nasze Panie

Chociaż niewielu z nas wie że mądrość serca

Może być skutkiem dni które nie wracają

Stoimy w miejscu coraz bardziej kamienni

Dni swoim pędem szlifują nasze twarze

Pomniki nagrobki małych cmentarzy

Wiele głosów oczu twarzy znajomych

Przychodzi wraz z zamknięciem sklepów

Jakby na spóźnione zakupy wspomnień

O czynach dobrych i złych gestach słowach

Co najmniejszemu uczyniliśmy myślimy

Dlaczego nie odpłacono nam dobrem

Za złotą monetę rzuconą wbrew sobie

Tajne grzechy  nasze w świetle oblicza Twego

Stają się jawne jak knowania szpiega

Mimo że zabrałeś niektórych z nas wierzymy

Że nasze życie trwa lat siedemdziesiąt

A gdy sił stanie lat osiemdziesiąt

I żyjemy nadal dniem dzisiejszym

Chociaż dzień wczorajszy jest jak tysiąc lat

W oczach Twoich jak mgnienie

Drzewo przed domem w domu synowie

Wypełniamy odwieczne nakazy ojca

W zmęczeniu swoim jesteśmy jak trawa

Rano kwitnie i rośnie pod wieczór więdnie

Jesteśmy jak sen poranny przerwany

Przez straż nocną która odchodzi 

 

X

 

Seks i pragnienie władzy są motorami życia,

One czynią świat zmiennym. I tak było od zawsze.

Seks daje ciału powab, zaćmę na oczy kładzie,

Człowiek nim opętany traci jasność myślenia

I rzeczy czyni proste nieskończenie trudnymi.

Lecz seks stanowi także miłości dopełnienie

I jest wtedy czynnikiem budującym wspólnotę,

Uzupełnieniem władzy, którą mądrzejszą czyni.

Niczym nie hamowany jest seks destrukcji panem,

Człowieka i społeczność niszczy swym rozpasaniem.

Gdy hiperseksualność stanie się dominantą,

Pragnieniem wielu, środkiem na ciała bytowanie,

Niszczy powoli wszystko, społeczeństwa i państwa, 

Rodziny i jednostki. Tego nas uczy przeszłość,

Tak dzisiaj dla nas ważna, starożytnego Rzymu.

Przestało istnieć tabu związane z cielesnością,

Ludzkim wstydem. Artyści przekroczyli granice

Duchowości i zdrowia, fizjologii i życia,

Seksu w każdym wymiarze. Tylko czy to już koniec

Sztuki, czy koniec życia, jakie było? A może

Koniec cywilizacji? 

Gdy umiera idea,

Która stworzyła ludzi, kiedy człowiek umiera,

Zaczyna się upadek kultury, sztuki, świata.

Gdzie wszystko subiektywne, ginie dobro i prawda,

Piękno także umiera, choć każdy pragnie, aby

Być piękniejszym i zmienić, co od losu otrzymał.

I ciało, które było kiedyś siedzibą duszy,

Staje się pustą kukłą, dowolnie kształtowaną,

Zgodnie z potrzebą chwili i modą.

Co zostanie

Po nas? Po naszych sprawach? Po sztuce, która niknie?

Po ciele zniekształconym? Po martwej duszy? Wierze?

Czym zastąpić religię, chrześcijańską tradycję,

Którą tak wielu pragnie wyrzucić do śmietnika?

Wszystko wszystkich umiera, kończy się niespodzianie

W indywidualnych światach, które sobie tworzymy, 

Oddzielonych od siebie barierą samolubstwa,

Samorealizacji i samoprzyjemności.

Wolność wszystkich nie składa się z wolności każdego,

Zamkniętego na innych, zimnego egotyka.

Wolność to sprawa wspólna i jeśli jej nie mamy,

Nadejdzie ktoś, kto wolność odbierze nam i nawet

Nie spostrzeżemy tego, zajęci sami sobą. 

 

Kiedyś

 

Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się kryteria.

Mody drenują nieznane pokłady. Już docierają do skamielin.

W nich tylko ślepy kret archeolog jest na swoim miejscu.

I tylko on wie, że światło zabija. Światło.

 

Widziałem, gdy niespodzianie wyłaniałeś się

Zza samotnego drzewa na polu, albo wychodziłeś z czeluści

Wąwozu, albo stałeś na pagórku nad łanami jak pogański bożek

A może prorok. Chodziłeś po dolinach i wzgórzach ziemi.

Cierpiałeś choroby ludzi, złamane nogi, serca, ciężkie porody,

małe i duże nieszczęścia.

 

Była w twojej obecności tajemnica niedostępna kamieniom,

Drzewom - strażnikom miedz i polnych dróg, płochym sarnom,

Ale i ludziom, trwożliwie patrzącym w dłonie, czy nie pozostało

Ziarno ostatnie, z którego plon na przeżycie.

 

Tajemnica; ta nie rośnie z kwiatami polnymi, nie można jej zebrać

W naręczach żyta ani wykopać na polu, na którym skarb albo ,

Ostatni kartofel. Nie ma jej w krótkich przyjemnościach,

Słowach rzucanych bez potrzeby, uniesieniach na palcach.

Kryje się pod podeszwami butów, stawianych na matce ziemi,

W intencji dojścia, chociaż nie wiadomy czas i cel tajemny.

Kryje się za zmrużonymi powiekami; zmęczenie kończy

Najwspanialszy krajobraz i perspektywę. Światło.

 

Kiedyś zmarła Cezaria Evora. Była jego promieniem.

Może twoim głosem. Ty pozostałeś. Wyciszony.

Nie mówisz wielkimi literami. Szepczesz. Prawie nie słychać.

W zgiełku zapominamy, że mogłeś wszystko. Zostawialiśmy ci

Naszych zmarłych, naszych cierpiących, chorych na świat.

To było takie proste, choć takie trudne w swej prostocie.

Nie oddychała żadna maszyna, oddech przenoszono z ust do ust,

Jak ostatni pokarm. Słowo było dobre. Było. Dzisiaj strach.

Co ja z nim zrobię? Sama. Sam. Co powiem? Na drogę?

 

Świat się zmienia. Z porami roku zmieniają się słowa.

Opowiadano o tobie dzieciom. Nikt się nie dziwił.

Dzisiaj mówią: kłamstwo. Wiara, jeśli jest, nie oznacza tego,

Co oznaczała, kiedy byłeś. Wiara jest wieloznaczna.

Nic na zawsze, wszystkie wielkie słowa to grafomania.

Możesz być co najwyżej pojęciem w reklamie. Przedmiotem zarobku.

W pozyskiwaniu przedmiotów. Pożądania.

Jesteś fałszywy, kiedy nie służysz zarabianiu.

Kiedy nie jesteś częścią waginy, kiedy nie zdarto z ciebie

Ostatniej szmaty, by ujrzeć prawdę,

Kiedy nie nałożono na ciebie tęczowej szaty króla,

Jesteś tylko bajkowym dinozaurem, made in china.

 

Zamiast istnieją skrzyżowanie ulic, kłopotliwe w powrotach do domu.

Trwoga lub trwożliwa rezygnacja końca.

Przyjemność krótka jak kolejna kobieta.

Świat, który nie ma z tobą nic wspólnego.

 

Być może istnieję ja, zawinięty w świat wielkich liter,

Wielkich słów, które w tamtym brzmią fałszywie,

Jak symfonia grana na pastuszej fujarce.

Być może. Czasem ktoś włącza światło.

 

XI

 

Jestem jak zegar słoneczny, z dłońmi ku słońcu wysoko.

Cieniem czas się kładzie na moich oczach i myślach

I pogrąża w ciemności dni przeszłych tych, co byli.

Gdy wszystko w przód podąża, myśl wraca nieustannie

W swej wolności od czasu, do przeszłości odległej.

Nie jest w niej sprawczą siłą mogącą zmieniać przyszłość

Sama z siebie. Jest tylko nauczycielką życia .

Z wielką szansą odmiany tego, co kiedyś będzie..

 

Ci, którzy kiedyś byli, trwają nadal. Wracamy

Do ich słów, do ich twarzy, do napisanych listów.

Powracamy w modlitwie, prosząc o odpoczynek,

Wracamy spojrzeniami na zdjęcia i portrety.

Zmarszczki są namacalnym biegu czasu dowodem.

Daremny trud ucieczki przed odbicia wyrokiem.

Kiedyś i tak usłyszysz , to czego słyszeć nie chcesz,

Że przy Śnieżce nie jesteś najpiękniejsza na świecie,

Że twoja aparycja nie czyni cię żigolo. 

Czy przyjmiesz ze spokojem ten wyrok oczywisty,

Czy bunt w tobie wybuchnie zupełnie bezsensowny?

To my decydujemy, jak szybko czas w nas płynie

Wraz z krwią nabrzmiałą tlenem i drobinami myśli.

Na ile nam ucieka, jak go wykorzystamy,

I co pozostawimy po czasie nam przyznanym.

 

Nasi zmarli

 

Przychodzą do nas niespodzianie ubrani w niemodne ubrania

o fasonach z minionych lat gdy jeszcze usiłowali nadążyć

u nich moda jest niezmiennie zastygła w oczekiwaniu

na werdykt ostateczny siadają na ławce przed domem

albo na kanapie przy kominku zależy jaką przynieśli

pogodę przypiętą do ich pamięci

 

pamięć jest prezentem z którym przychodzą

i długo patrzą na to co zrobiliśmy od ostatniej tutaj wizyty

nie mówią słowa są zbyteczne przecież tak dobrze się znamy

chcą wiedzieć chcą słyszeć że mówimy do nich

że myślimy o nich

 

mówimy im o chorobie cioci Jeszcze żyje ?

o dzieciach Ale podrosły o psie Chyba już niedługo

o kłopotach finansowych My też mieliśmy

o planach na wakacje Tam tak ciepło nie to co u nas

o domu który zbudowali Dobrze że Edziu go wyremontował

o ich starych jabłoniach Pewnie trzeba niedługo wyciąć

 

mówimy że nam brakuje ich słów ich dotyku

sprawdzonego spokoju potrzebnego niepokoju

umiejętności szukania zdolności znajdowania

ich dobrego słowa modlitwy za nas

 

popatrzą przez okno na pola na kolory które jak kiedyś

ubarwiają sady czerwieniami łzę cicho zdejmą

przejdą do sadu gdzie liście niby zimy przypomnienie

że niedługo śnieg zasypie ślady po pięknej jesieni

im tylko pamięć pozostanie z którą kiedyś do nas

 

potem znowu odchodzą by wrócić gdy pora

gdy naprawdę smutno i zimno

 

czasem sami idziemy do nich z rewizytą

na grobie siadamy kamiennym

w którym ich genom zamknięty do czasu

Ich Zmartwychpowstania

i myślimy żeśmy z nich

Krew z krwi kość z kości

że kiedyś przyjdziemy

Na dłużej

 

Gdy nie jestem z przypadku, to jestem z woli Boga,

I swoją wolną wolę współdzielę z Jego wolą,

Korzystając z tej części, którą kiedyś dostałem,

I która ma moc taką, że może być przeciwko.

Wybieram wciąż na nowo, chociaż już raz wybrałem,

Sprawdzam swą wolną wolę, próbując swoją wolność,

Ograniczoną Bogiem.

 

XII

 

Czy rodzina to tylko żona moja i dzieci?

Miłość i poświęcenie, i praca, i budowanie?

Czy też coś znacznie więcej? Chociażby wykluczenie

Z życia mego na zawsze ofiary samotności. 

 

Która jesteś

 

Która jesteś od zawsze w dni moich korowodzie,

Wpisana w pamięć sadów i w linie moich dłoni             

Jak Słowo. Od Początku, na wschodzie i zachodzie,

Niesiesz w sobie to wszystko, co miłość naszą broni.

 

 Nie umiem tego nazwać, dłonią też nie uchwycę,

Tak jest ulotnie czułe i tak nieokreślone.

A jednak jest. Więc co dnia odkrywam tajemnicę

Co zamienia cię bez końca z kochanki mej w mą żonę

 

Jesteś przy mnie spokojna  jak wieczór ciepłym latem,

Zachodzącemu słońcu dodajesz barwy Nieba.

I choć idziemy w starość wraz z naszym wspólnym światem,

Masz w sobie to, co sprawia, że lękać się nie trzeba.

 

Zamykasz w swoich dłoniach nasz dom i moje myśli,

Dzieci naszych pragnienia  pieścisz w nich aż dorosną,

Aż znajdą na tym świecie tę rzecz, po którą przyszły,

I pójdą z nią przed siebie drogą jak nasza, prostą.

 

Cała jesteś utkana ze złotych nici życia,

Które ptaki i jeże ciągną za sobą w sadzie.

Krzak jaśminu cię pieści zapachem swym z ukrycia,

Ptak o złamanym skrzydle na dłoniach twych się kładzie.

 

Idziesz najprostszą drogą przez łąkę wśród stokrotek,

Pośród przyjaznych trzmieli, pszczół zbierających miody,

Pośród życia. I w życiu wciąż widzisz barwy złote

I kuszące jak wtedy, gdy byłem jeszcze młody.

 

 

Coś, co dla mnie najprostsze, nie dla wszystkich jest proste.

Coś, co dla mnie najświętsze, nie dla wszystkich jest święte.

Coś, co łatwo rozumiem, nie każdy pojąć może.

Coś, co dla mnie oparciem, dla innych jest przeszkodą.

 

Zbudowałem świat prosty. Z pojęć tak jednoznacznych,

Że wielu nie zrozumie ani słów ani świata.

W zapętleniu rozumu, Boga, słowa, wartości,

Z pożądaniem wszystkiego, kto najprostsze zrozumie?

 

A to wszystko dokoła takie jasne jasnością, 

Takie proste prostotą, takie czyste miłością.

A to wszystko dokoła takie najzwyczajniejsze,

Takie, że wziąć to w ręce i do serca przytulić.

 

Błogosławieństwo

 

Błogosławię dzień jasny który ciebie stworzył

Zanim ze świata wyszłaś na nasze rozstaje

Bym mógł wraz z tobą witać te świąteczne maje

I gołębia czułości w darze Bogu złożyć

 

Błogosławię godzinę w której cię szukałem

By znaleźć zagubioną w chwili nienazwanej

U stóp bramy dzielącej znane i nieznane

By wspólną drogę wybrać przez życie nietrwałe

 

Błogosławię tę miłość którą mnie obdarzasz

Kamień węgielny losu w tym świata obłędzie

Twe ciało wciąż wibruje pożądania przędzie

 

Nić na kokon jedwabny który przepoczwarza

Ciała stare na słowa anielskie by potem

Pod niebo wzlecieć razem z radosnym łopotem

 

XIII

 

Wielu boi się nocy, wielu boi się śmierci

Lecz o śmierci nie powie, bo śmierć nie jest dziś trendy.

W dobrym tonie jest dzisiaj śmierci nie zauważać,

Chyba że w telewizji – „ach, jak ona okrutna”

Potem napić się kawy, zjeść ciasteczko i usnąć.

 

Własna śmierć tkwi zepchnięta w lochy podświadomości.

Cierpliwa, swego czeka. Czasem głośniej coś powie,

Tak, by słyszał adresat. Głos dudniący z podziemia,

Lub z niebieskich zaświatów. Każdy wybrać sam może.

 

Śmierć umie być dowcipna. Sama z siebie się śmieje.

I uwagi nie zwraca na przerażenie ludzi,

Słuchających bezwiednie wynurzeń nieskończonych.

 

Śmierć umie być subtelna. Przynajmniej w obietnicach.

Mówi, że przyjdzie nocą, gdy nikt nie zauważy,

Weźmie swoje i pójdzie. Nawet pies nie zaszczeka.

 

Śmierć umie być łagodna. Za dłoń potrzyma zimną.

Powieki zamknie ciężkie, aby umarły został

Z ostatnim już obrazem na całą nieskończoność.

 

Śmierć z Bogiem jest w przyjaźni. I w zmowie pewnie także.

Mimo, że tylko służka, Bóg bez niej „żyć nie może”.

Ona mu każdą duszę do stóp tronu przyniesie.

 

Sen. Ten jest mniej okrutny, najwyżej trochę zmęczy.

I da temat do rozmów z psychoanalitykiem

Albo wróżką. Astrolog też ci wszystko wyjaśni.

Chyba że chcesz posłużyć się egipskim sennikiem. 

 

Śpij spokojnie. Nie zawsze sen odpoczynkiem bywa,

To prawda, ale możesz z niego wyjść co najwyżej 

Z bólem głowy lub zlany zimnym potem nicości.

 

Spać musisz. Tak jak umrzeć. Ale to kiedyś później.

Lekarstw na sen spokojny jeszcze dzisiaj nie mamy.

Lecz spokój po twojej śmierci to tylko twoja sprawa.

 

No i jeszcze samotność. Ta jest gorsza od śmierci

I snu najstraszniejszego, razem wziętych. Wbrew tobie

Wtedy wszystko. Więc każdy kamień, drzewo i człowiek.

 

Jeśliś nie jesteś samotny, to masz o pół mniej trwogi

W życiu , które ci dano. Jeszcze tylko spokojny

Sen i śmierć tak łagodna, jaką tylko wymarzysz.

 

Bo jak mówi Psalmista, ten kto się Boga boi,

Ten życia ani śmierci nigdy się nie przelęknie.

 

Są jednak nie wierzący w dzień gniewu, co ma nadejść,

Którym Tomasz z Celano straszy od lat ośmiuset,

A który wciąż mirażem dla wielu niźli groźbą,

Więc śpią spokojne wierząc, że tak będzie przez wieczność.

 

Dies irae?

W opozycji do Tomasza z Celano

 

Śpij spokojnie. Za oknami

Tylko Noc się kłóci z psami.

Gość zwyczajny między nami.

 

Nie bój się. I nie drżyj w trwodze.

Żaden Sędzia jeszcze w drodze

Nie jest. Lęk twój załagodzę.

 

Cisza. Spokój. Nikt nie woła.

Leżą zmarli w swoich dołach.

Żywi plenią się dokoła.

 

Albo leżą i nie wstają,

Bo wygodne łoża mają.

Tylko przez sen coś gadają.

 

Zagłuszają trąby sumień.

Czytać zwojów nikt nie umie.

Jak więc sądzić grzechów strumień?

 

Nawet Sędzia, choć rozkaże,

Ślepcom światła nie ukaże.

Zanurzone w nicość twarze.

 

Nie wyznają w swojej nędzy

Grzechów, kiedy im pieniędzy

Zbywa jako owcy przędzy.

 

Cóż obrońca. Temu biada.

Prawem włada? Święta Triada

Na obrońcę się nie nada.

 

Cóż powiedzieć? Zbaw mnie Panie?

Zbaw od czego? Słońce wstanie

I zapomnę swe wahanie.

 

Krzyż to tylko skrzyżowanie.

Dżizus zbawia na śniadanie.

Alem cierpiał, miły panie!

 

Nie wiem komu to potrzebne,

Ten trud, te kazania zgrzebne,

Te wołania tak podniebne.

 

On wybacza, więc cóż trwoga?

Sądy, kary i gniew Boga?

Niepotrzebna cnoty droga.

 

On Maryi grzechy zmazał

Nie będzie na moje zważał

Na śmierć wieczną mnie narażał

 

Czyżem owcą Jego stada?

Ja na jagnię się nie nadam,

Które chwałę Panu składa.

 

U stóp tronu, w prawej stronie,

Nie chce mi się stać w tym gronie,

Wyśpiewując na Syjonie.

 

Wierzyć? Bać się? Nie na dzisiaj,

Jest ta moda zgoła mnisia.

Ja nie wierzę. Tak jest dzisiaj.

 

A gdy kiedyś śmierć zapuka?

Do drzwi? Nie wiem. Niechaj szuka

Tych, co dla nich ta nauka.

 

Błagam kornie bijąc czołem,

Z sercem, co się zda popiołem,

Wspomóż go nad śmierci dołem.

O dniu jęku, o dniu szlochu,

Kiedy z popielnego prochu

Człowiek winny na sąd stanie.

Oszczędź go, o dobry Boże,

Jezu nasz, i w zgonu porze

Daj mu wieczne spoczywanie”.

 

 

XIV

 

Góry to uniesienie duchowe matki Ziemi,

Jej czwarty stan skupienia. Na sprawach najważniejszych.

Zadumanie chmurami myśli nie zawsze prostych.

Zaśpiewanie pieśniami jasnymi jak dźwięk skrzypiec.

Wyrzeźbienie rzeźbami w wapieniu i granicie

Losu biednego ludu, kiedyś tu żyjącego.

Ozdobienie w ornament łemkowskich starych chałup.

Wywyższenie pod niebo ich Słowa mówionego,

Którym dziś tylko strumień do wiatru mówi cicho.

 

Góry to wyniesienie nad płaskość naszych myśli,

Które rzadko umieją oderwać się od ziemi.

Mieszkając na nizinach, rzadko w górę patrzymy,

To, co naprzeciw oczu, często jest tym jedynym,

Co wystarcza do życia, co do życia porywa.

 

Góry to uniesienie wzroku i naszej duszy

Do modlitwy, do lotu w nieskończoność dostępną.

 

 

XV

 

Tysiąc owiec na hali, jak biała żywa plama,

Kształty swe zmieniająca, to kwadrat, to elipsa,

Niesie w sobie zapowiedź wieczornego udoju

Albo jest parabolą ewangelicznych zdarzeń.

 

Jak z przeszłości odległej obraz ten przeniesiony

W dzisiaj, pełne techniki i wątpliwości myśli,

Przynosi w sobie spokój biblijnego przesłania,

Z pastwisk, na których pasał Dobry Pasterz swą trzodę. 

 

Zamyślenie w zieleni łąki porastającej

Jest łagodne i bliskie zamyśleniu Franciszka,

Który, gdzieś tam w Asyżu, z każdym kwiatem się bratał

I na którego dłonie ptaki pić zlatywały.

 

Witam słońce nad lasem, witam księżyc nad polem,

Dzisiaj tak zjednoczone, jak dwie strony monety.

Jedna strona dla Boga a druga dla cesarza.

We mnie oba odbicia równoprawne i ważne.

 

Góry wrosły tak we mnie, że z płucami i ręką

Są dziś częścią całości i sprawiają, że żyję.

Ziołem hale porosłe wzrok łagodzą, a obraz

Świata wtedy jest jasny i wyraźny zarazem.

 

XVI

 

Niebo i ziemia

 

tuż obok miejsca w którym niebo

sączyło soki ziemi zespalając

cudowne z materialnym

poznawałem pierwsze dni

łany zbóż falowały po horyzont

tam przechodziły w obłoczne niebo

i wracały przemienione nad moją głowę

 

od początku wiedziałem że tam

ziemia i niebo stanowią jedno

że umierający ludzie odchodzą poprzez zboża

do miejsca wniebowstąpienia

i jednym krokiem przekraczają próg

niższy niż w sieni dziadka

i są w niebie

 

jak było nie wierzyć że anioły czuwały

nad każdym moim krokiem po wąskiej kładce

skoro tak blisko było ich mieszkanie

a cmentarz dotykał go krzyżami

 

po latach szedłem przez pola porośnięte

pszenicą jęczmieniem prosem

chmury nad głową opierały się

na niezliczonych łodygach

a polna droga do kościoła sprzed lat

kończy w obłoku dzwonnicy

zobaczyłem to co zapomniałem

 

zachodziło słońce za plecami

patrzyłem na wschód

kiedyś tam pójdę

 

Na piasku cel wyznaczam, ryby malując symbol,

Na piasku, który fala łagodna zaraz zmyje, 

Śladu nie zostawiając. A burza tuż za progiem.

 

A jednak cel nazwany w pamięci ślad zostawia,

Niezależnie od wiatru i wody kołysania.

I trwa przeciw wszystkiemu, jeśli jest wola taka,

Wola silna człowieka przez wiarę wspieranego. 

 

Każdego dnia dwukrotnie rozmawiam z Panem Bogiem,

Czasami na lunch także wpadam do Jego Nieba.

Mówimy o najprostszych sprawach nas dotyczących,

Jakaś miłość i zdrowie, i wiara, i nadzieja

Na dzień kolejny, w którym pewnie znów pogadamy.

 

Wszystko jest w tych rozmowach proste i oczywiste,

Odwykam od problemów, bo one są maleńkie.

Nawet jeśli zabłysną, jak stary meteoryt,

Szybko gasną na drodze między Niebem a Ziemią.

 

Niebo daje patrzenie czyste i wyraziste 

Na sprawy nasze zwykłe i na problemy świata.

W nim impresjonizm myśli jest przybliżaniem Boga,

A słowa Heisenberga świadczą, że jest Absolut,

Ale go ludzką dłonią nigdy nie uchwycimy


Pytania przy zamykaniu drzwi

 

Co zostawiasz za sobą kiedy drzwi zamykasz

Tego świata którego byłeś tylko gościem

Powiedziałeś mu żegnaj wychodząc z godnością

Czy jak złodziej uciekasz  zaciskając usta

 

Czy zostawiasz mu słowa które owocują

Wiarą w ludzi miłością nadziei okruchem

Czy krzyk po tobie słychać tępy poprzez ściany

Rozpaczy  albo złości kamień  wyrzucony

 

Co zostawiasz za drzwiami do  twojego świata

W którym miałeś samochód  krzesło stół i łóżko

Jakiś zrobił użytek ze sprzętów ci danych

Rzeczy z pozoru prostych jak twoje istnienie

 

Stół służy do jedzenia i pisania wierszy

Łóżko służy do spania i dzieci rodzenia

Krzesło łączy zadumę z ziemi przyciąganiem

Samochód jest ucieczką przed szybkim spełnieniem

 

Czy tam nie zapomniałeś o istocie rzeczy

O tej wiedzy do  której byłeś przyuczony

Słowami  twojej Matki i  którąś  powinien

Trzymać  jak talent  w dłoni by więcej rozumieć

 

Czy może zamiast siedzieć z myślami przy stole

Nie  zamarzyłeś  kiedyś by stołów mieć więcej

I pobiegłeś w pośpiechu  niegodnym poety

Co zostawiasz za sobą  kiedy drzwi zamykasz

 

Czy spełniłeś nadzieje z którymi przyszedłeś

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jezus, Piłat i ja

    Andrea Mantegna - Ecce homo I.   Czy życie przychodzi cieniem bezszelestnym z pustyni, na której tylko kamienie i ciernie, a...