„możesz być kim chcesz – mówi - więc czemu zostałeś poetą?”
Nikt już pewnie nie pamięta angielskiego filmu z 1962 roku „Samotność długodystansowca”, opowiadającego o zbuntowanym, młodym człowieku, Colinie, który, mając szansę na zmianę swojego losu poprzez wygraną w biegu, świadomie, w proteście przeciwko zakłamanemu światu, rezygnuje z wygranej, którą już właściwie „miał w kieszeni”.
Autor książki, na podstawie której stworzono scenariusz do filmu, Alan Sillitoe, powiedział kiedyś: "Uważam, że postać Colina to ja sam. Jego samotność jest taka sama jak moja - samotność artysty, który musi walczyć, albo zaprzedać się".
Ten film i ten cytat przypomniały mi się, kiedy czytałem wydaną przez Samorządowe Centrum Kultury w Mielcu książkę poetycką Piotra Duraka, zatytułowaną „Zepsutość”.
Zapewne nigdy nie odważyłbym się na pisanie o poezji młodszego, było nie było, kolegi – poety, bo w Mielcu nie ma takiego zwyczaju, gdyby nie fakt przeczytania dwu recenzji, napisanych przez dwie Dyrektorki od mieleckiej kultury, Panie Jolantę Strycharz i Joannę Kruszyńską.
Określenie „długodystansowiec” w przypadku pana Duraka jest wyjątkowo uzasadnione. Po pierwsze jego samotnymi, długodystansowymi podróżami przez Polskę, czy to na rowerze, czy na pontonie, rzekami wzdłuż i wszerz naszego kraju.
Także samotne wwędrówki pana Piotra przez polskie góry w poszukiwaniu zapomnianych, niszczejących cerkwi, czy wędrówki przez nasz kraj i państwa sąsiednie w poszukiwaniu opuszczonych przez „Boga i ludzi” miejsc, głównie przemysłowych, kiedyś żyjących, działających, a teraz umierających, nikomu nie potrzebnych, czynią pana Piotra długodystansowcem
Czy jednak słowa Alana Sillitoe o samotności artysty, który musi walczyć, albo zaprzedać się, dotyczą także pana Piotra Duraka?
Czy fakt porzucenia przez niego posady w szkole i przekwalifikowanie się na maszynistę pociągów intercity, jest wyrazem walki ze światem, czy jedynie wybraniem łatwiejszej metody na przetrwanie w życiu, takim swoistym zaprzedaniu się, porzuceniu swoich młodzieńczych ideałów?
Przeczytałem dość dokładnie ostatnią książkę pana Piotra, zatytułowaną „Zepsutość”. Jest to zbiór wielu bardzo dobrych i dobrych wierszy, i może kilku takich, które mniej mnie do siebie przekonały.
Otwierająca tomik recenzja autorstwa Stanisława Dłuskiego jest raczej typową recenzją o wszystkim i niczym, i niewiele wnosi do rozeznania książki, jej wierszy, choć naprowadza na trop, który także podjąłem, że żyjemy nad przepaścią, że cywilizacja pozbaz wia złudzeń, że dominuje profanum w naszym życiu, a sacrum zanika, i że poezja ta wyzwala w nas potrzebę walki o codzienny sens.
Tak z pierwszego czytania zanotowałem sobie w pamięci, że wyziera z tych wierszy głębokie zniechęcenie światem, w którym poecie przyszło żyć.
Jest jednak dwa lub trzy bloki tematyczne, dominujące w książce.
Pierwszy to zniechęcenie poety poezją. A można nawet mniej poezją, jak jej marnym odbiorem i odwzorowanie w mentalności społeczeństwa, które, tak ogólnie, olewa poezję i poetów. Wyziera z tej grupy wierszy, a jest ich w sumie dziesięć, wielki zawód poety nad miejscem poezji i poety w świecie, w społeczeństwie, a co za tym idzie, brak należnego poecie, zarówno temu „ogólnemu” jak i autorowi tych wierszy, uznania i miejsca w kulturze i świadomości społeczeństwa.
Ja czuję, że pana Piotra ten fakt bardzo porusza i bardzo mu doskwiera.
Stąd słowa, że my, potomkowie Mickiewicza, Baczyńskiego, Miłosza, Herberta nie jesteśmy potrzebni i że poezja do niczego nas nie upoważnia, i że nie będzie już nigdy drugiego Norwida Różewicza Leśmiana Stachury. W innym wierszu Pan Piotr pisze: a ja wciąż piszę ważne wiersze wkładam je w dziuple drzew w lesie za domem gdy zgniją mrówki rozniosą strzępy słów do mrowisk i tak non omnis moriar.
Poeta ubolewa, że Nasze nagrody literackie to bańka mydlana i że znów średnia wieku na promocji tomiku wierszy przekroczyła siedemdziesiątkę.
Jednocześnie pisze, że najlepszym sposobem na rozwiązanie moich problemów finansowych byłoby jak najszybsze otrzymanie nagrody Nobla, ale w tym samym wierszy wycenia swoją twórczość na 1 złoty 76 groszy, czyli wartość za swoje książki w punkcie zbioru makulatury.
Widać, że poecie bardzo ciąży fakt braku uznania, i tego, że nie można wyżyć z pisania wierszy.
Cóż mogę podpowiedzieć poecie? Ano nie można. Można za to obrazić się na świat, że jest taki, jaki jest i na złość mu nie pisać. Tylko jaki ma to sens? Że literatura będzie piękna i bez twej i tak nad wyraz głośniej obecności?
Ano będzie. Ale z twoją obecnością może będzie ciut piękniejsza. Nawet jeśli to tylko niszowe hobby dla garstki emerytów i ułamka promila nadwrażliwej i wyizolowanej spocznie młodzieży.
Bo, wbrew słowom poety - erotomana, którego autorytet ponoć upadł, że książki mają zbłądzić pod strzechy, one tam nigdy nie zbłądziły. Poezja zawsze była dla elity – ta elitarna, i dla ludzi potrzebujących - ta zaspokajająca ich egzystencjalne potrzeby.
Więc trudną poezję, a poezja Piotra Duraka jest trudną, choć piękną poezją, piszemy dla wąskiej grupy społecznej. A jak chcemy dotrzeć do szerszej grupy odbiorców, należy pisać poezję, którą ci ludzie przyjmą za swoją. Co i tak oczywiście nie przyniesie poecie wielkich pieniędzy.
No ale dość o poezji w poezji. Bo w wierszach pana Piotra Duraka jest także rozważanie nad przemijaniem świata.
Nie sądzę, że, jak pisze recenzent Stanisław Dłuski, świat jest na skraju przepaści, co niby ma wynikać z recenzowanej książki.
Wiele, może większość wierszy jest przesyconych pesymizmem, odchodzeniem, zanikaniem, unicestwianiem się kawałków świata, ale do przepaści to i światu, i autorowi z poglądami daleko. Sam się zastanawiam na ile w tej poezji znajduje odbicie inna pasja pana Piotra, czyli znajdowanie i fotografowanie obiektów w stanie rozkładu, opuszczonych, zapomnianych. I nieważne, czy to będzie stary kościół, cerkiew, kopalnia, fabryka, czy dom.
Bo jest coś w takiej pasji schyłkowego. Ta fascynacja czymś, co przemija, co musi umrzeć jako nikomu nie potrzebne, ani ludziom, ani Bogu (jeśli się w niego wierzy, a Autor deklaruje niewiarę), wygląda jak ucieczka od świadomości własnego przemijania, jak próba zatrzymania destrukcji, której czas jest jedynym sprawcą. Także destrukcji samego siebie, swojego ciała, gdy się nie wierzy w dusze. Trwoga, ze nic po nas nie zostanie, ani wiersz, ani kamień, kiedy nasi potomkowie także o nas zapomną.
Chociaż, jeśli założyć, że każdy człowiek jest odrębnym światem (a ja tak myślę), to przemijanie jednej konkretnej osobowości , gromadzenie w sobie i obok siebie artefaktów swojego przemijania, może wygenerować taki tytuł: Jestem nad przepaścią.
Ale poza zostaje wiele, nieskończenie wiele innych światów, innych ludzi.
Wiersz „W ruinach starego domu” jest przygotowaniem się autora na śmierć, na bezpamięć. Bo jesteśmy dopóki żyje o nas pamięć najpierw umiera piękno a po nim wspomnienie, a uwolnienie czasu, dotychczas z obawą o jego nieprzewidywalne skutki tłamszonego w sobie, czyni wiersz „W opuszczonym więzieniu” opisem pola, na którym czas sieje i zbiera swoje dobre i złe owoce, na co Autor z rezygnacją się godzi.
Ze zdziwieniem skonstatowałem, że urbexowskich wierszy jest w tomiku raptem dwa, może trzy, jeśli uznać za taki „Opowieść kornika z opuszczonego kościoła”, który łączy w sobie przekaz o przemijaniu rzeczy materialnych, tu starego kościółka, z przemijaniem idei, religijnej opowieści o sprawach kiedyś dla ludzi świętych, a dla Autora śmiesznych.
I tu zamyśliłem się. Czegoś mi w książce Piotra Duraka zabrakło. Czego? Ano jakiś poetyckich podróży, które są ucieczkami. Tych przemienionych w słowa wiersza długaśnych, samotnych spływów pontonami po rzekach Polski, tych długich, samotnych podróży rowerem. Obserwowałem te podróże pana Piotra. I wciąż się zastanawiałem, do czego płynie, czego szuka (może prócz tematu do książki, choć to może także ważny powód). I tak sobie wtedy myślałem, że to nie są podróże „do”, ale podróże „od”. Że meta nie jest na końcu podróży, ale była na początku, a wędrowcowi mniej zależy na poznaniu tego co przed nim, a bardziej przemyśleniu tego co za nim.
I szukałem tych podróży w pozostałych wierszach zbioru, i wydaje mi się, ze nie znalazłem.
A jeśli tam ich nie ma, bo może tylko moja wyobraźnia jest za mała, to może ten zbiór wierszy jest tą prawdziwą metą w życiu Poety. Może już nigdzie nie wyjedzie, nie popłynie, nie odleci lotnią czy myślami w swoich wierszach.
Ale czy to możliwe. Czy jego przesiadka z pontonu, roweru, szkolnej klasy na elektrowóz PKP Intercity jest definitywnym przystankiem w życiu, czy może nowa podróżą?
Może jest prawdą Poety prawda z wiersza „Kryzys wieku?”, że zanim się spostrzegliśmy staliśmy się dojrzali kiedy to nadeszło jak to zatrzymać. A w wierszu „Zima – wersja demo” Autor stwierdza z bólem, że para z oddechu dziwi przecież wnętrza nasze już dawno pokrył lód.
Przyznam, ze inne wiersze zrobiły na mnie trochę mniejsze wrażenie. Nie dlatego, że są gorsze, bo większość jest świetna, ale dlatego, że są napisane jakby od przypadku do przypadku. One wszystkie pokazują jakieś załamanie projektu pod nazwą „Świat poety”, i to może być linka łącząca je w jedność z pozostała częścią książki. Bo mamy wiersze i o wojnie w Ukrainie, i o zatruciu Odry, i o homofobii, i o poecie grającym w grę komputerową, i ironicznie o epidemii jak o Roku 84, i o poecie zwiedzającym onkologię, a także pozbywającym się złudzeń o nieśmiertelności na szpitalnym oddziale, a nawet o Europie.
Mnie osobiście zainteresowały w tych pozostałych, wiersze, w których Poeta odnosił się do sprawy swojej niewiary w Boga. Zainteresowały nie dlatego, ze ja wierzę, a Poeta nie wierzy. Bo ja stosunek do niewiary innych ludzi mam podobny, jak pan Piotr ma w stosunku do kochających inaczej, co wyraża w wierszu „Homofobia”.
Poeta pisze na zakończenie, że ma w sobie dużo fobii, ale homofon z niego jest żaden.
I mnie się przypomniała jedna fobia Pana Piotra. Kiedyś zaniosłem mu mój projektowany tomik wierszy „Jak Piłat”, z prośbą, by zrobił mi korektę. Nie oczekiwałem opinii o Chrystusie i Piłacie, ale oczekiwałem, że poprawi mi przecinki, ortografy i Ew. skoryguje formę. Jakież było zdziwienie , gdy po kilku dniach oddał mi tomik ze słowami, że nie będzie robił jego korekty, bo „przecież takie treści są nikomu niepotrzebne, że tego nikt dzisiaj niee czyta”.
Nie wiem, czy czyta, czy nie czyta, czy komuś jest potrzebne, czy nie potrzebne. Sądząc po przytaczanych opiniach Pana Piotra, jego wierszy także prawie nikt nie czyta, chociaż Boga w nich na lekarstwo.
Jest za to modna ostatnio krytyka Jana Pawła II, o którym czytamy w wierszu Rysy na krysztale, że – oprócz tego, że wiedział o pedofilii, zjednoczył najbardziej podły z narodów – za co nie będzie nagrody. Choć jednocześnie w „Pożegnaniu wiary” wspomina, że niepotrzebni byli księżą pedofile śmierć dziecka limuzyny biskupów uschła we mnie po cichu jak róża na mrozie. Bo gdy chodziłem po świecie bezszelestnie patrząc na ludzi stworzonych na obraz i podobieństwo i nie widziałem w nich nic z Boga.
Poeta nie wierzy w Boga, ale wierzy w dziejące się zło. Nie obciąża nim Boga, bo on nie istnieje. Jednocześnie nie odpowiada sobie na pytanie, skąd to zło. I tak jak w wierszu Poeta odwiedza onkologię, gdzie wysłuchuje także żalów o głuchym Bogu (w którego nie wierzy), odwraca oczy od śmierci, nie odzyskuje radości życia, załamany pozostaje nad przepaścią.
Wiersz „Koniec nieśmiertelności” kończy słowami: patrzysz na skórę wytartą na łokciach i kolanach dziwnie pogięta maskę twarzy co do których jeszcze niedawno byłeś pewny że starczą ci na wieczność i rośnie w tobie jak noc strach że będzie tylko gorzej.
Na Święta Bożego Narodzenia w wierszy „Życzenia świąteczne ateisty”, ma dla nas takie życzenie: a teraz bierzcie i jedzcie te sałatki i ryby ciasta i mandarynki żeby pamiętać ile jest w nas dobra choć zło dookoła (…) i nas nie dotyczy.
Gdzieś tam nieśmiało z poezji, jeden jedyny raz i to w wierszu „Uwaga nauka!” (w którą Poeta absolutnie nie wierzy) wygląda na nas swoim ironicznym wzrokiem Przypadek, który rządzi naszym życiem. Wygląda, ale jakby rzez dziurkę od klucza, nieśmiało, że można go nie zauważyć. Zupełnie inaczej niż się wyraźnie widzi w wierszach brak Boga.
Więc co lub kto rządzi naszym życiem? Kiedy kwiat paproci zakwitły pod ołtarzem kościoła nie spełnia żadnych życzeń (z wiersza Raport zza mgły)
Na to pytanie nie znalazłem w całym tomie odpowiedzi. I to jest jego istotny brak. Dla mnie.
Bo Pozostały nam tylko strzępy informacji które jednakże nie są niczym pewnym ruiny ideałów i odrobina literatury która ubarwia cała reszta zbudowana jest z mgły. (Raport zza mgły)
PS. Tytułowy wiersz Zepsutość tak się zaczyna
Młodość
dojrzałość
starość
zepsutość
przyjm kolej rzeczy
a mi śmierdzi od śmierci
naokoło
trupy zgnilizna rozkład
A wystarczy zmienić początek na:
Młodość
dojrzałość
starość
wieczność
by nie czuć
zgnilizny, lub czuć ją tylko przez chwilę, nawet gdy cierpienie i śmierć.
Czego życzę.
Na koniec napiszę, że cieszę się, że przeczytałem te wiersze, że znowu się czegoś nauczyłem, że utwierdziłem się na swojej drodze. Tej, która wiedzie przez ciemną dolinę, ale iść się przez nią nie boję.

