czwartek, 23 maja 2024

Jak kręgarz i radiesteta Borek dokonał cudu.

 

 

Żył w Mielcu pan nazwiskiem Borek. Był przyrodnim bratem najsłynniejszego i najbardziej szanowanego mieleckiego księdza - twórcy parafii MBNP na Osiedlu, bo tak wtedy zwano tę część Mielca - proboszcza Arczewskiego.

Pan ów, który zapewne miał jakiś zawód wyuczony i zapewne gdzieś na co dzień pracował – bardzo możliwe, że w WSK PZL Mielec – znany był wielu mieszkańcom miasta i powiatu ze swojej pozazawodowej działalności.

 

Mówiono w Mielcu, a może raczej szeptano, że zajmował się działaniami, które dzisiaj nazywa się kręgarstwem i radiestezją. A te swoje działania wykorzystywał z pożytkiem dla licznej grupy potrzebujących, czy to tych mających problemy z kręgosłupem, czy innych nie mogących spać w nocy, albo wreszcie tych, którzy na swojej działce chcieli kopać studnię i nie mogli natrafić na podziemną żyłę z wodą.

 

Jak zapewne wielu bardziej wykształconych ludzi wie, obie te działalności, czyli kręgarstwo i radiestezja, są działalnościami z nauką mającymi niewiele, lub nic wspólnego. Tak przynajmniej twierdzą naukowe autorytety, które przeprowadzały liczne eksperymenty mające potwierdzić  naukowość wzmiankowanych powyżej działań i jej nie potwierdzały.

 

Nie będę tu cytował opisu eksperymentu monachijskiego, mającego zweryfikować skuteczność radiestezji (nie potwierdził), można to znaleźć w Internecie. Powiem jedynie, że Fundacja Jamesa Randiego ufundowała nagrodę miliona dolarów dla osoby, która w kontrolowanych warunkach dowiedzie paranormalnych zdolności, np. radiestezji i jak do tej pory nikt tej nagrody nie zdobył.

 

A jednak ja twierdzę, że Pan Borek miał nadprzyrodzone zdolności.

A było tak. Posłuchajcie nieco dłuższego wprowadzenia.

 

Był rok 1987. Wraz z grupą wariatów rozpoczęliśmy budowę czternastu domów w zabudowie szeregowej. I te szeregówki mieliśmy wykonywać siłami własnymi, czyli każdy budował swoją. To wymuszało na każdym z właścicieli, by budował mniej więcej w takim tempie, jak budują jego sąsiedzi.

Jak było wtedy z materiałami budowlanymi, to wiedzą tylko ci, którzy coś wtedy chcieli zbudować. Nie było niczego. Dosłownie niczego. Wszystko należało zdobywać po znajomości, bo nawet łapówki nie skutkowały.

Na dodatek czterech z budujących pracowało w firmach budowlanych, państwowych oczywiście, i im było łatwiej coś załatwić niż pozostałym. A to powodowało, że budowali szybciej. Boże, jak ja się wtedy nagłowiłem, nakombinowałem, nazałatwiałem, żeby móc stropy kłaść wtedy, gdy sąsiad robił i wylewał swoje. No bo na wspólnym, po wylaniu, stropie, stawiało się kolejną ścianę rozdzielającą jego dom od mojego.

Jedynym plusem tej dramatycznej sytuacji zaopatrzeniowej było to, że wszystkie nadwyżki finansowe lokowało się w materiałach budowlanych, które już na drugi dzień były znacznie droższe, co chroniło nasze zarobki przed hiperinflacją, która panowała wtedy w Polsce.

 

Oczywiście zarobki nie wystarczały, więc można było wziąć od państwa kredyt budowlany. Ze stałym oprocentowaniem. To stałe oprocentowanie w przypadku wielkiej inflacji (wtedy jeszcze nie hiper) to był czysty komizm, ale tak było. No i wzięliśmy sobie 6,5 mln ówczesnych złotych polskich kredytu.

Pisząc ówczesnych, należy dodać, że było to 6,5 mln na dany dzień. Bo za miesiąc te 6,5 mln wartało już znacznie mniej. Ale to jakby był mniejszy problem bo i  tak te pieniądze zostały szubko zamienione na materiały budowlane, więc ich wartość na przestrzeni kilku miesięcy została utrzymana a potem (w materiałach) tylko rosła.

 

I wszystko byłoby dobrze, i nie spotkał bym nigdy pana Borka, gdyby nie pan Balcerowicz.

Na budowie wiele prac przygotowawczych robiłem sam. Także pomagałem wynajętym murarzom czy innym rzemieślnikom. A robiłem to tak intensywnie, że gdzieś na początku budowy „wypadł mi dysk” w części lędźwiowej kręgosłupa. Tak się wtedy mówiło o urazie, który swoim bólem praktycznie paraliżował człowieka.

Żona zawiozła mnie do lekarza,  od którego dostałem jakieś leki przeciwbólowe, skierowanie na rehabilitację w przyzakładowej przychodni oraz zalecenia wykonywania określonych gimnastyk w domu.

Po jakimś czasie ból minął a ja wróciłem na budowę. Nie trwało to długo, a sytuacja się powtórzyła. Znowu jakieś środki przeciwbólowe, plastry rozgrzewające, gimnastyki i znowu po pewnym czasie minęło.

Ale jak minęło, tak i wróciło. I ta zabawa kilkakrotnie na przestrzeni trzech lat się powtarzała.

 

Szczęśliwie dom rósł, i nawet zrobiliśmy dach.

I wtedy przyszła rewolucja i Balcerowicz.

Rewolucja spowodowała to, że z kierownika dużego wydziału w Zakładzie Utrzymania Ruchu stałem się szeregowym pracownikiem. Bez, zasadniczo, jakiś perspektyw na odmianę mojej sytuacji. Tym bardziej, że całe WSK się zwijało, upadało, a ludzie byli zwalniani z pracy setkami.

Solidarnościowe dyrekcje WSK nie były merytorycznie przygotowane na taki kryzys. Mógł sobie nowy dyrektor naczelny biegać po fabryce z Biblią, mógł nawracać naszych radzieckich (jeszcze) odbiorców na katolicyzm, ale to nie odmieniło ani na jotę tragicznej sytuacji głównego pracodawcy Mielca.

 

Balcerowicz zaś spowodował to, że jedną z ustaw tzw. Planu Balcerowicza była Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych (z grudnia 1989. Uchylała ona postanowienia umów kredytowych i wprowadzała „zmienne” progi oprocentowania zamiast umownych, (w już zawartych umowach kredytowych) – w rezultacie, w warunkach hiperinflacji stopy procentowe wzrosły gigantycznie i wszyscy kredytobiorcy na poważnie zaczęli się bać katastrofy.

Słyszałem nawet wtedy, że niektórzy mniej odporni popełnili samobójstwo. Tak przynajmniej donosiły gazety.

 

Cóż było robić? Nie miałem pomysłu. WSK konało, perspektywy były nijakie, do handlu się nigdy nie nadawałem, naprawa sprzętu gospodarstwa domowego, za którą wzięliśmy się z kolegami, nie dawała też istotnych przychodów, kapitału na jakąś działalność nie miałem, zresztą jaka wtedy działalność prywatna prócz handlu miała szansę. W lecie 1990 roku zdecydowaliśmy z żoną, że może by spróbować pojechać do Ameryki.

Ale do USA potrzebna była wiza. Chętnych na nią w tamtym czasie było wielu, nawet jak dolar był już nie ten, co kiedyś i kosztował 9500 złotych.

Pomyślałem, że konsul nie młot, pewnie kształcony, więc zaplanowałem wziąć go na demokrację.

Pożyczyłem fundamentalne dzieło o amerykańskiej demokracji, czyli „O demokracji w Ameryce” Alexisa de Tocquevilla i sumiennie i dokładnie je przeczytałem (co zresztą wszystkim polecam, jako że książka jest naprawdę świetna, szczególnie polecam ludziom o poglądach prawicowych, czyli PiS).

 

Jak planowałem, tak się stało. Na pytanie konsula, po cóż chcę jechać do USA, bezczelnie odpowiedziałem, że chciałem zapoznać się z amerykańską demokracją, o której wiele dobrego słyszałem, a także czytałem w  tej właśnie książce – i tu rzuciłem tytuł książki, autora i coś tam ciekawego z niej zacząłem przytaczać. Konsul aż otworzył szerzej oczy i słuchał z ciekawością przez jakiś czas. Potem podziękował i wizę mi dał.

 

Gdy wyszedłem z konsulatu i spojrzałem na zegarek (elektroniczny), zauważyłem, że wskazywał godziną 00.02. Zaczął się dla mnie nowy czas - pomyślałem.

I rzeczywiście. Zaczął się nowy czas.

Chociaż jak się potem okazało, kilka miesięcy później, gdy zegarek znowu się wyzerował, tym razem w żadnym ważnym momencie, działo się tak, gdy mój przegub mocno się spocił i wilgoć przedostawała się do środka zegarka.

 

Zawsze starałem się być racjonalny, więc i ten przypadek zegarka wyjaśniłem sobie w sposób godny człowieka wykształconego, nie żadnego tam zabobona.

 

Za kilka miesięcy czekał mnie lot do Nowego Świata. Dysk mi już od jakiegoś czasu nie wyskakiwał. Głównie pewnie dlatego, że nie miałem pieniędzy, by cokolwiek do budowy domu dokładać, więc też jakoś kręgosłupa nie przesilałem

 

Czas płynął nieubłagalnie. Jedenaście dni przed odlotem Lotem do USA rano nie wstałem z łóżka. Ból był tak okropny, że nie miałem szansy, by się przekręcić z boku na bok, nie mówiąc o wstaniu i pójściu do lekarza. Leżałem skręcony bólem i myślałem, że chyba nie polecę, no bo i po co? W końcu moje poznawanie demokracji w Ameryce miało polegać na jakiejś fizycznej pracy, a ja się nie mogę ruszać. Co będzie, jak coś podobnego stanie mi się tam, po przylocie? Katastrofa.

Po godzinie męki drapiąc palcami ścianę sypialni przemieściłem się do pionu i żona zawiozła mnie do lekarza. Te same zalecenia przeciwbólowe, ćwiczenia i do widzenia.

 

Jak wspominałem, jestem racjonalny aż do bólu, jednak ten ból, który paraliżował moje ciało i perspektywa oddalającej się amerykańskiej demokracji, pomogły mój racjonalizm na jakiś czas zawiesić na kołku.

Po trzech dniach, kiedy już potrafiłem sam, choć z bólem, chodzić, poszedłem do pana Borka. Już nie pamiętam, czy ktoś mnie z nim umówił, czy poszedłem tak na wariata. W każdym razie pan Borek przyjął mnie bardzo grzecznie, zaprowadził do pokoiku i posadził na czymś jak kozetka. Zapytał, z czym przychodzę, a jak się dowiedział, co zresztą było doskonale widać po mojej postawie, że z kręgosłupem, zaczął mi opowiadać o tym, co on robi.

 

Opowiadał, że często przychodzą do niego ludzie, mający problemy ze spaniem. Jak już wybudowali sobie dom bez konsultacji z nim i ustawili go niezgodnie z liniami pola i żyłami wodnymi, albo jak mieszkają w bloku, gdzie nie mieli wpływu na usytuowanie mieszkanie, pozostaje tylko badanie i albo takie ustawienie łóżek, by było zgodne z żyłami i liniami, albo wkładanie pod łóżko określonych metalowych przedmiotów, które mogą złe wpływy sił ziemskich osłabiać lub zupełnie znosić.

Podawał mi adresy na Kusocińskiego, gdzie takie działania z pełnym sukcesem przeprowadzał. Jak chcę, mogę zapytać. Ale nie chciałem.

 

Już nie pamiętam, czy spać należy wzdłuż tych linii i żył wodnych, czy w poprzek, ale o tym też mi mówił. Na logikę, a raczej wyczucie, wydaje się, ze wzdłuż. Ja śpię dobrze, więc może śpię wzdłuż, a może na mnie nie wpływają, albo ich u mnie nie ma. Nie, one są wszędzie. Tak mi pan Borek mówił, jeśli nie przekręcam.

 

Potem dużo opowiadał o szukaniu wody i budowie różdżki, jakiej używa. (podobno Mojżesz, jak wydobył wodę ze skały spragnionym Izraelitą, posługiwał się laską różdżką, ale to może tylko takie gadanie).

 

Bardzo mnie zainteresował ten wywód pana Borka, w którym opowiadał o polaryzacji, jaką mają ludzie. Ja z wykształcenia jestem, albo przynajmniej wtedy byłem, elektronikiem i opowiadanie jakiś niestworzonych rzeczy elektrycznych zapalało mi w Glowie czerwone światełka. I wtedy zapaliło mi się bardzo intensywnie czerwone i na dodatek coś we mnie zaczęło wyć, jakaś syrena.

A pan Borek opowiadał, ze każdy człowiek ma określoną polaryzację, dodatnie albo ujemną.

I zdarza się często, ze mąż ma inną polaryzację, a żona inną. I wtedy kobieta nie może zajśc w ciążę. Ale on potrafi tę polaryzację zmienić i doga do poczęcia stoi otworem.

Siedziałem i słuchałem, bo cóż było robić. Czekała na mnie amerykańska demokracja, a nie miałem pewności, ze wstanę z kozetki.

 

O naprawianiu kręgosłupa też pan Borek zaczął mi opowiadać, ale tu był jakoś bardzo oszczędny w słowach, więc niewiele mi się utrwaliło w pamięci.

To opowiadanie trwało około pół godziny. Ja siedziałem i słuchałem, i czekałem. Trochę zaczynałem się niecierpliwić.  Czas sobie płynął. Amerykańska demokracja czekała wraz ze mną. Była zima, więc siedziałem ubrany w sweter.

 

W pewnym momencie zebrałem się na odwagę i zapytałem: czy może mam się rozebrać? Dreszcz mnie równocześnie przeleciał, bo słyszałem od wielu ludzi, że kręgarze stopami naciskają na kręgosłup, albo używają wielkiej siły, by nastawiać kręgi, czy te jakieś dyski rękami, tak że często ludziom jest gorzej po wizycie u kręgarza, niż przed nią.

Ale nic takiego nie nastąpiło. Pan Borek powiedział: niech się pan nie rozbiera, proszę tylko odwrócić się do mnie plecami.

Odwróciłem się. On lekko uderzył mnie trzy razy w plecy. Tak lekko, że prawie nie poczułem. Po czym powiedział: już nigdy dysk panu nie wypadnie. Dziękuję bardzo.

 

Ja też podziękowałem. Dałem mu jakieś dzisiejsze 50 złotych – wtedy to było chyba 50 tys. – powiedziałem do widzenia i poszedłem sobie.

Boże, po co ja tu traciłem czas? – pomyślałem. Ja, realista, z jakimś magiem, czarownikiem?

 

Poleciałem jednak do USA. Do czasu lotu jakoś mi bóle poprzechodziły. W Ameryce demokrację poznawałem bardzo intensywne i nie dość, zę nie wytrąciła mi nigdy dysku, to czułem się po jakimś czasie doskonale. Jak młody Bóg omalże.

Od tamtego czasu minęło ponad 30 lat. Od ośmiu lat trenuję na siłowni. Dźwigam ciężary, jakich wtedy na budowie nie dźwigałem. A wtedy miałem 40 lat, teraz mam 73. Cały czas pamiętam o mojej wizycie u pana Borka. Bo przez te ponad 30 lat nigdy nie miałem problemów z wypadaniem dysku. Na każde święto zmarłych zapalam mu na grobie znicz.

 

Gdy ktoś z was pomyśli, że to taki zbieg przypadków, dodam do tego mojego opowiadania  kolejną historię.

Pisaliśmy do siebie liczne i obszerne listy z moją żoną. Ja z Ameryki, ona z Polski. W jednym z nich wspomniała mi, nie wiem po co, ale tak pewnie musiało być, że jej koleżanka z pracy jest 7 lat po ślubie i nie może zajść w ciążę.

I wtedy napisałem jej w liście – list na dowód, jakby ktoś nie wierzył – o słowach pana Borka, które tak mnie wtedy zbulwersowały, o tej zmianie polaryzacji kobiety, by mogła zajść w ciążę. 

I ta koleżanka mojej żony poszła do niego.

Urodziła dwóch synów. Ten pierwszy, którego miałem być chrzestnym, ale nie dojechałem z Ameryki, nosi imię Andrzej. Po mnie.

  

 

 

 

  

 

 

 

 

 

niedziela, 5 maja 2024

Poezja? A po co?

 

Takie moje gdybania o poezji sprzed 20 lat, po wydaniu sobie tomiku "Antymateria". 

Dodać dla porządku trzeba, ze poezji nauczyła mnie Agnieszka Tymoszczuk (wtedy Zgrizzly). Długie dyskusje z Nią, na portalu e-poezja, ukształtowały moje patrzenie na poezję. Zapewne nie była by zadowolona z wielu moich wierszy, napisanych potem, ale może nie jestem najlepszym uczniem.

 

Poezja jest, chociaż nasze codzienne, zabiegane życie może przynosić wrażenie, jakoby jej nie było. I to codzienne jest, i nie jest, poezji, wyraża się przynajmniej w trojaki sposób.

 

Po pierwsze poezja jest w książkach, które możemy kupić, jeśli akurat zbywa nam pieniędzy, a chcemy posiąść książkę, dla niej samej lub autora, akurat modnego lub, co rzadsze, gdy mimo braku pieniędzy poczujemy nieodpartą potrzebę przeczytania wiersza czy wierszy, i taką książkę kupimy. Coraz rzadsze to przypadki, bo coraz rzadziej nasze codzienne życie podpowiada nam potrzebę obcowania z poezją.

 

Po drugie, pojawia się w chwilach wzniosłych, kiedy żałoba, uczucia patriotyczne i kiedy wielcy aktorzy recytują wiersze wielkich poetów dla wielkich tłumów ludzi, akurat znajdujących się w podniosłym nastroju.

 

Ale po trzecie i najważniejsze, poezja jest w nas. Prawie w każdym. W jednym człowieku mocniej daje znać o sobie, w drugim słabiej, ale każdy prawie przeżywa chwile wzruszenia, smutku, zadumy, kiedy pod sam wierzch naszego jestestwa wypływają słowa, jakich na co dzień nie używamy, ba, wstydzilibyśmy się używać. Słowa czułe, piękne, niezwyczajne. I to jest właśnie poezja.

Niektórzy, bardziej zdeterminowani zapisują to, co wypływa z nich do wierzchu, wierząc, że nie tylko dla nich wzruszenia lub zaduma, ale może także coś z siebie ofiarują ludziom.

 

Ja także kiedyś zacząłem notować to, co mój wewnętrzny głos podpowiada mi od czasu do czasu. I przez kilka lat powstało chyba z 300 wierszy, z których część pomieściła ta książka. Są tu głównie wiersze starsze, ba nawet stare – a stare, znaczy prawie czteroletnie – jednak wierzę, że czas, jaki upłynął od ich napisania i fakt, że wtedy umiałem mniej, niż dzisiaj, nie wpłynął na ich jakość.

 

Moje wiersze są wyrazem mocowania się ze światem, który mnie otacza, są uzewnętrznieniem uczuć, szczególnie do mojej Żony, dzięki której te wiersze głównie powstawały, ale i do rodziny, są wreszcie wyrazem zadziwienia i zachwytu pięknem świata, jego mądrością i prostotą. Bo świat w swoim pozornym skomplikowaniem zakrywa przed mało dociekliwymi ludźmi swoją prawdziwą twarz.

Świat jest niesłychanie prosty, jego zagmatwanie jest redukowalne do najprostszych pojęć, które to pojęcia są nam dane od zawsze. Ludzie nie chcą tego zaakceptować, bo życie w tej prostocie znaczeń jest o wiele trudniejsze, niż życie w świecie niezrozumianym, ale takim, na który można zrzucić swoje niepowodzenia, swoje zagubienie, swoje nieszczęścia, coraz bardziej komplikowane dobrymi radami fałszywych mędrców.

Moja poezja jest wyrazem tej prostoty świata i życia, chociaż moje wiersze – zdaję sobie sprawę – są często trudne w odbiorze. Ale wystarczy chwila zadumy, zastanowienia, i ten prosty świat podstawowych wartości, będzie widoczny jak na dłoni.

 

Z tą prostotą świata jest trochę tak, jak z teorią Milo Wolffa, (nie wiadomo, czy prawdziwie opisującą świat), do której nawiązuje tytułowy wiersz zbioru, Antymateria, a która to teoria mówi, że wszystko wokół nas tak naprawdę zbudowane jest z fal, i że nie ma wokół nic trwałego, materialnego, nawet elektron jako cząstka, którą można dotknąć, nie istnieje, ale że z kolei wszystko na wszystko oddziałuje poprzez fale, które to oddziaływania mój znajomy, Mirek Gwizdalewicz, nazwał słowami.

Idąc dalej, powiemy za Ewangelią, że na początku było słowo, a on, ten mój znajomy, ateista z przekonania, dopowiadał, że na końcu także będzie słowo.

Może to nadużycie, a może to poezja, a może jednak prawda, gdy powiemy, że tak naprawdę jedyną trwałą na tym świecie cząstką jest słowo. Że słowo jest zaprzeczeniem materii, jest antymaterią.

 

Odwracając kolejność powiemy, że słowo to poezja, ale Słowo to wszechświat.

 

Dlatego słowo jest takie ważne. Dlatego boli mnie, jak jest nadużywane, by nie powiedzieć, gwałcone.

 

 

Prowadzi nas niepamięć

 

Z życia wyblakłe epizody

poukrywane w niepamięci

kamyczki bólu stare buty

w stan łaski wprowadzeni święci

mych rodzin węgłów kamieniami

popodpierani tacy sami

jak my dzisiejsi nici snute

w tkaniny wspomnień złote gody

z książki wyrwana krótka fraza

ząb mleczny w bólu anioł strzeże

za mostkiem wąskim garść stokrotek

i przejmujące wód wybrzeże

pierwsze wspomnienie zapomniane

głos który słychać poprzez ścianę

zwodne mruganie czczych błyskotek

niespodziewana nocna zmaza

nie uciekniemy nieznanemu

co kiedyś znane znakiem gestem

słowem narodzi się na nowo

zaznaczy mocno wciąż tu jestem

głos matki która już nie żyje

usłyszysz palce twoją szyję

zacisną tak że żadne słowo

nie padnie z ust twych nie wiesz czemu

zawilgotnieją w kątach oczy

od dymu ognisk dawno zgasłych

uśmiechów zblakłych pocałunków

Indian rycerzy z ksiąg opasłych

bez strachu pójdziesz pierwszą drogą

nie musząc pytać byle kogo

bez poplątanych map rysunku

do przodu ile człek wyskoczy

 

 

Zejść z drogi

 

Gdzie czas nas wiedzie poprzez przestrzeń

którą rozwijasz idąc obok

niespodziewaną jak powietrze

gdy zmienia się w pierzasty obłok

gdzie nas zatrzyma na tej drodze

czasu nieciągłość znakiem krzyża

w uświadomieniu a nie trwodze

że do rozstania już się zbliżam

kamień położę na swym miejscu

skąd go zabrałem przed latami

na węgieł i będziemy sami

przez chwilę wieczność coraz bliżej

na wodzie ślady bose stopy

boskie czy ludzkie czy do ciebie

ktoś szedł przez głębie przez potopy

ciągnąc za sobą świat po niebie

czym ja chciał wtedy czas zatrzymać

po narodzeniu w mai krasie

jak rybak w przyszłość sieć zarzucić

by mieć to wszystko co mieć da się

mam tylko ciebie ponad fale

naprzeciw lądom i wyrokom

odpycham wiosłem świat wytrwale

bezczelnie patrząc w losu oko

aż zamknie się na końcu drogi

ja oczy zamknę ty zaśpiewasz

nie będzie pytań teologii

spokój i cisza w naszych drzewach

 

 

 


Jezus, Piłat i ja

    Andrea Mantegna - Ecce homo I.   Czy życie przychodzi cieniem bezszelestnym z pustyni, na której tylko kamienie i ciernie, a...