niedziela, 3 lipca 2022

Stoję przed tobą bez wstydu nagości

 

Stoję przed tobą bez wstydu nagości

                                 

                         

 

stoję przed tobą bez wstydu nagości
Adam bez żebra na raju rozstajach
nie wiem czy nagość przystoi starości

na ziemi jabłko bez oznak młodości
dawno umarłe wspomnienie o majach
zabrało z sobą tamten wstyd nagości

tulisz się do mnie w oddaniu miłości
Ewa jesienna na czasu rozstajach
wiem że twa nagość przystoi starości

w pięknie dojrzałym ciągle eros gości
jakbyś z faunami biegała po gajach
więc stoisz cicha bez wstydu nagości

i prosisz wzrokiem o dawne czułości
te obopólne w naszych miękkich rajach
bo wiesz że nagość przystoi starości

gładzisz me ciało z przeczuciem męskości
lęki i stresy łagodnie wygajasz
bym stać mógł dumny bez wstydu nagości

choć lustra szepcą o ludzkiej marności
szeptu nie słucham tobą się upajam
stoję przed tobą bez wstydu nagości
bo wiem że nagość przystoi starości

Miasto jak dziwka

 

Miasto jak dziwka. Nie moja

 


Moje miasto. Rzeczywiste do bólu i brudu. Chociaż ból
ma jedynie dla niedomytych i biednych. Dla sercowców -
czujących sercem - otwiera się na swoją lepszą połowę,
jakby na wiosnę, konsumującą brud zielenią.
 
Dziwka i alfons są przejawem miłosierdzia miasta, w szarości
dzielą się z bliźnimi. Jęk wchodzenia pod górę jest
jak dzwon na sen. Śpijcie obywatele, w pobożnej rui,
z wężem wielokrotności w wezgłowiu, przenikajcie
myślami na wskroś, choć nikt tego od was nie wymaga.
 
Zaklinanie rzeczywistości zostawcie poetom, władzy
samej dla siebie, która wie lepiej. Ona z martwej kobiety
uczyni obiekt pożądania, a wodami płodowymi wypełni
koryto wyschłej rzeki. Utapla się w niej szczęśliwa.
Potem napisze o niezrozumieniu istoty.
 
Jam jest brudny i biedny. Nie zakochałem się w nim,
mimo pierwszej randki za Floriańską Bramą, z której
moje dzieci. Nigdy nie zrozumiałem, prostak, nie znałem
języka, którym mówi, wykwintnego jak hiszpański barok.
Sancho Pansa wielkiego poety pomykam na mule,
szukając żarcia dla obu.

 

Pieśń o moim mieście (ale nie o Amsterdamie)


Moje miasto to port, choć żeglarzy w nim brak

I nie rzeźbi w nim wiatr zmarszczek w twarzach jak tam,

Gdzie żeglarze sny śnią o kochankach zza mórz,

Gdzie w spelunkach co noc w serce wbija ktoś nóż.

Moje miasto to port, w którym czeka się wciąż,

Że powróci zza mórz syn, kochanek lub mąż.

Morze tęsknot tu jest tak ogromne jak świat,

W który płyną co dzień nowi ludzie po szmal.

 

W moim mieście co noc cienie tańczą swe sny,

W nich wędrowcy i ich żony wierne jak psy,

Penelopy tych mórz gdy odysów wiatr gna,

Złote runo chcą wziąć, urobieni do cna.

Świniom żer mogą zjeść w kirkelandzie swych snów,

Aby z forsą móc być, kimś kto liczy się znów

W moim mieście, gdzie ich żony tkają swój los,

Zalotników, jak chce mąż, swych wodząc za nos.

 

Wiele lat w domu złud, wrócić chcą, marzą wciąż,

Aż ich śmierć weźmie w tan i już jest były mąż,

Ojciec też, dzieciom swym dał miedziaki i rum,

W skrzyni trup, księdza śpiew, modlitw za cichy szum.

Bywa, że żebrak tu wróci cicho wśród dnia,

Wierząc, że przeciw mu wierność wybiegnie psia,

Lecz zalotnik mu klucz w drzwiach wymienił na fest,

Dom zasiedlił i już żona nie jego jest.

 

Moje miasto to port, choć to nie Amsterdam,

Tu mężczyźni co dnia piją też zdrowie dam,

Za ich powrót, do dna, wierząc, że wierne są,

W krajach gdzie pokus sto czyha na każdą z żon.

W wódce topią swój strach, czasem skoczą gdzieś w bok,

W moim mieście tak im płynie za rokiem rok.

Oczy złe łzawią im, serce mają jak gnat,

I w rozpaczy chcą spluć moje miasto i świat,

I w rozpaczy chcą spluć moje miasto i świat,

 

 

 

Życie

  


Gdy ją dostrzegłem pierwszy  

raz zdawała się być

nagromadzeniem kwiatów

emanacji piękna

życia

potem mówiła do mnie językami

płomieni

które pulsowały zimnym sercem

nieskończonego

 

gdy uchyliłem ukradkiem zasłonę twarzy

zobaczyłem piękne i straszne

zakochany pragnąłem

trwogi która zwielokrotnia

doznania tajemnicy

 

rosła we mnie i obok mnie

i była

przerażająca w pięknie

groźna i wciągająca

dzień za dniem przysposabiałem

siebie

czas i przestrzeń naginałem do wyobrażenia

lęku

 

gdy spuściłem ją ze smyczy

praw

pętających mnie od dzieciństwa

drepcze za mną łagodnym cieniem

wierny pies

 

żyłem

by oswoić śmierć

 



….jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

KI Gałczyński: Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

 

Umarł książę Leopold. Z Pasji mu oddałem

Najpiękniejsze fragmenty na pogrzeb marcowy

Teraz znowu poskładać wszystko muszę w całość,

Przygotować śpiewaków, orkiestry i chóry.

A czasu na to wszystko zostało tak mało

I Anna Magdalena cierpi na ból głowy.

 

Trzeba mi o nią zadbać, dzieci już dwanaście

Wychowuje, tak swoje, jak Marii, jednako,

Często smutna, choć przecież taka młoda jeszcze.

Gdy śpiewa swym sopranem mym kosom i szpakom,

Jej piersi tak falują, że głosu nie słyszę.

A Bóg nam nie pozwala o sprośnościach myśleć. 

 

Jej piersi. Jeszcze młode, piękne jak Natura

Z dnia szóstego Stworzenia, godne pożądania

I jej ciało, którego pragnę nazbyt często.

W nim rozkosz jak muzyka. Aria przebłagania?

Kocham i Boga mego obrażam oczami

Pożądliwymi swymi i  członkami mymi.

 

Więc Zmiłuj się nade mną, Mój Boże, łaskawy

Poprzez wzgląd na łzy moje, którymi przepraszam

Spójrz tutaj, gdzie pożądam, chociaż mi nie wolno,

Więc serce me i oczy same gorzko płaczą.

Muzyka najwspanialsza ku Tobie popłynie

Kastrat ci ją wyśpiewa w Twej męki godzinie.

 

Jan Sebastian Bach spłodził z dwiema żonami dwadzieścioro dzieci. Lubił też wino i dobre jedzenie.

 

Jezus, Piłat i ja

    Andrea Mantegna - Ecce homo I.   Czy życie przychodzi cieniem bezszelestnym z pustyni, na której tylko kamienie i ciernie, a...