Kładę się, zasypiam i znowu się budzę.
Dzień za dniem, bezrefleksyjnie, beztrwożnie,
choć pożar ogarnia stepowe trawy.
Dopóki nie przyjdzie pod moje okna,
dopóki nie zabraknie papieru toaletowego,
a węgiel nadal będzie budulcem życia,
będę trwał w nadziei bezbożnej,
wygodnej filozofom i prostakom.
A tam się modlą: uderz Boże
w szczęki naszych wrogów i wyłam zęby
ich armiom.
A tu się modlą: Powstań, o Panie!
I wysyłają na pierwszą linię Matkę Boga.
Wołają swymi
głosami do Pana,
a On nie odpowiada ze świętej swojej góry.
Dajcie mu spokój.
Nie mieszajcie go w diabelskie sprawy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz