Zawsze chodziłem swoją drogą.
Czy ona była tylko moja, czy także mojego Ojca,
który wpisywał we mnie od dzieciństwa drogowskazy,
dzisiaj nie rozstrzygnę. Nie pamiętam już,
ile z nich wyrzuciłem do przydrożnych rowów,
ile źle odczytałem, wbrew ilu poszedłem na rozstajnych drogach.
By jednak dojść, a wiatr mnie nie przewrócił.
Nie słuchałem rad Matki, a jednak nie siadłem nigdy po drodze
w kredowym kole szyderców, które zakreśla horyzont
i nigdy ponad niego wzrok nie sięgnie.
Jakby jej słowa były ukrytym ziarnem we mnie,
które skiełkowało nad płynąca wodą,
kiedy nadszedł czas.
Sam rozstrzygam dobro i zło i jest
jak przenoszenie ciężarów.
Ale pomocnicy pokazali swoje delikatne dłonie,
zdolne tylko do składania i odeszli.
Wiele przeczytałem, a wszystko krążyło wokół Stwórcy.
Dzisiaj wiem,
że doszedłem i „za jego łaską jestem
tym, czym jestem, a dana mi Jego łaska nie okazała się daremna”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz