Po jego kazaniach wszystkie kazania już były
Miałkie i nic nie wnoszące
Mówił tak prosto że trafiał nawet do serca woźnicy
Czasem myślałem że także do serca jego konia
A jednocześnie tak mądrze że słuchali go najmądrzejsi
Widząc swoją małość i niedostatek swojej mądrości
Obce mu było uczucie pychy jego skromność przytłaczała
Prawie przepraszał że jest że zajmuje przestrzeń
Może innym potrzebną bardziej
Mówił krótko
Chociaż czasem zapominał zasady
Stworzonej chyba dla innych księży
Pierwsze pięć minut dla Boga
Następne pięć dla próżności kapłana
Kolejne pięć dla szatana
Ale byliśmy szczęśliwi mogąc słuchać jego słów
Które były słowami Boga
Chodził na bakier w założonym berecie
I był na bakier z hierarchią
Gdy mówił o pięciu kręgach Kościoła Powszechnego
W którym mieścili się wszyscy ludzie
Jego ofiara
Ta przy mszy świętej i ta składana z życia
Były najbardziej przekonującymi
Z ofiar
Odlatywaliśmy wraz z Nim hostią i Bogiem
Pośród polany leśnej w drewnianym kościółku
W akademickim kościele
W nieskończoność bożą w boże zapomnienie
Gdy szedł po górach był apostołem gór
Gdy szedł miastem był apostołem miasta
Gdy siedział przy stole był apostołem Chrystusa
Niósł swoje posłannictwo
Z uśmiechem wśród choroby
Z radością pomiędzy smutkami
Z nadzieją wśród braku nadziei
Z miłością której zawsze mało


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz